RSS
poniedziałek, 20 lipca 2015

Ucieknę.

 

Tak, to dobry pomysł. Nie będę musiała oglądać smutnych twarzy ludzi, kiedy w końcu się dowiedzą, jak zniszczyłam sobie życie. Nie zabrałabym ze sobą nikogo, ewentualnie Haymitcha. Bo tak właściwie tylko on mi został. Gale ma mnie już dość i nawet nie stara się tego ukryć. Johanna jest wściekła, że ją porzuciłam, a Annie totalnie zwariowała z tęsknoty za synkiem. A ja? Podczas gdy toczy się wojna w stolicy, a dystrykty znów są pod ostrzałem, toczę prywatną batalię w sobie. Mam ochotę uciec od tego wszystkiego, uporać się ze swoimi wewnętrznymi problemami… Muszę jednak racjonalnie myśleć. Chcę uciec. Ale nie w spokojnie miejsce, tylko do Kapitolu. Właściwie nie wiem, co zrobię. Może będę błagać o wstrzymanie Igrzysk, może zainicjuje jakiś rozejm… „Cholera jasna!”, myślę. „Czy wszystko musi się sprowadzać do kolejnej wojny?”

 

Mam zamiar w swój plan działania wtajemniczyć wyłącznie swojego mentora. Zabezpieczę Praię na arenie, będzie miała jedzenie, picie i lekarstwa. Jeśli Plutarch, który się tym zajmie, nie znajdzie sponsorów, sama jej wszystko opłacę. Muszę zapomnieć o ludności Dwunastki, przynajmniej na teraz. Tak jak powiedział Haymitch – muszą sobie radzić teraz sami. Tak jak my musieliśmy, wcale nie tak dawno temu.

 

Nagle zaczynam czuć się jak typowa Kapitolinka, a czy to właśnie nie tego obawiałam się najbardziej? Nienawidzę tego, kim się stałam. Władza jest zła, jednocześnie możesz uczynić świat lepszym, ale równie dobrze możesz pogrążyć go w chaosie. Jestem na dobrej drodze, do totalnej destrukcji Panem, więc czas najwyższy wyjść z ukrycia i to naprawić.

 

Ta myśl sprawia, że zaczynam dostrzegać małe światełko w niekończącym się tunelu ciemności. I nagle doznaję oświecenia. Znalazłam rozwiązanie na moją sytuację – wystarczy po prostu wyłączyć uczucia. Jeśli będę obojętna wobec wszechświata, wszechświat będzie obojętny wobec mnie.

 

Idąc do wioski, staram sobie wmówić, że moja mama, rodzina Gale’a i Toby nie potrzebują już mojej pomocy. Że nie mam się o nich martwić, gdyż oni zaznali już spokoju. Staram się myśleć w każdy możliwy sposób o tym, że ich już nie ma, jednak wciąż nie dopuszczam do siebie myśli, że naprawdę nie żyją. Bo to przecież głupota, prawda?

 

Kapitolińczycy na arenie są tacy sami, jak mieszkańcy dystryktów podczas corocznych Głodowych Igrzysk. Żadne z tych dzieci nie jest ważniejsze od tych setek, które zginęły podczas 75 lat tej koszmarnej gry. Tak samo, ile istnień pochłonęła wojna, a ile jeszcze pochłonie? I wszystkie są tyle samo warte. To właśnie temu trzeba zapobiec. Jaka byłam głupia, zgadzając się na ostatnie Igrzyska. Starałam się zapobiec wojnie, a tylko pomogłam rozniecić kolejną niemożliwą do zgaszenia iskrę. Ale robiłam to, żeby pomścić Prim… Ciekawe, co by o tym myślała. Pewnie znów przyszłaby do mnie w nocy i rzuciła jakąś niezwykle cenną radą, jak to miała w zwyczaju. Mogła przynieść światu tyle dobrego, a tymczasem… Przestaję jednak o tym myśleć. Finnick byłby ze mnie dumny. Udało mi się jako tako pozbierać.

 

Wchodzę do budynku i przemierzam długie korytarze. Wreszcie znajduję kwaterę Haymitcha. Zanim wchodzę do środka zdaję sobie sprawę z tego, że będzie zły. Nie spodoba mu się mój pomysł. Ale może jeśli powiem mu, że tak naprawdę nie chcę walczyć, tylko porozmawiać? Zresztą, jeśli będzie trzeba, przywiążę ten jego upity tyłek do krzesła i chcąc nie chcąc będzie musiał mnie wysłuchać. Otwieram zdecydowanie drzwi i zastaję mentora leżącego na kanapie, wpatrującego się tępo w sufit. Ten widok trochę mnie zadziwia, więc podchodzę do niego i marszczę brwi.

- A panu co?

Mężczyzna wzdycha ciężko i mówi:

- Zniszczyli arenę. Wysadzili. Dzieci… Eh… - nawet nie kończy.

- Nie.

- Tak – potwierdza.

W pierwszej chwili mam ochotę usiąść i schować twarz w dłoniach, opłakać stratę tych wszystkich młodych ludzi. Zaszyć się w lesie, wejść na drzewo, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Postanowiłam sobie jednak coś. Zaciskam mocno powieki i odganiam obrazy przesuwające się mi w oczach: widok śmierci wszystkich trybutów z 74 Głodowych Igrzysk, kiedy byłam jeszcze zwykłą dziewczyną, a nie Kosogłosem, który wszystko zniszczył. Biorę głęboki wdech.

- W takim razie tym bardziej musimy wziąć sprawę w swoje ręce – oświadczam.

Haymitch nawet nie zaszczyca mnie spojrzeniem.

- Dziecko, ile razy mam ci tłumaczyć, że walka nic…

- A czy ja mówię o walce? – przerywam mu warcząc. – Chcę pojechać wygłosić orędzie do mieszkańców dystryktów, a przede wszystkim Kapitolu. Nie mam zamiaru patrzeć bezczynnie jak ludzie nadal się zabijają.

Mężczyzna chichocze pod nosem.

- Katniss, jesteś jeszcze taka naiwna. Myślisz, że słowa coś tutaj dadzą?

- Tak, jestem tego pewna. Przecież podczas wojny ze Snowem, to właśnie słowami udało nam się zjednoczyć wszystkie dystrykty. Dlaczego tym razem nie miałoby to się udać?

Haymitch zerka na mnie nieufnie.

- Niech pan posłucha, Haymitch – ciągnę dalej, siadając na brzegu stolika kawowego. – Wszyscy wiedzą jak wygląda wojna. Dystrykty są słabe, ale ludzie bardziej zdeterminowani do walki. W Kapitolu jest wręcz przeciwnie. Może pan mówić, co chce, ale ja wiem, że Kapitolińczycy się boją.

Mentor siada i dokładnie mi się przygląda. Widzę w jego oczach, że dokładnie analizuje to, co powiedziałam.

- Ale to już wiemy, Katniss – marszczy brwi.

Jego słowa nie robią na mnie wrażenia. Kontynuuję dalej swoją wypowiedź, a jego oczy robią się coraz większe. Tłumaczę mu swój plan około godzinę, a on wiele razy podaje go w wątpliwość. Po pewnym czasie wzywa Plutarcha, który po usłyszeniu moich propozycji oferuje powiadomienie reszty ekipy. Powtarzam te same słowa, które usłyszał Haymitch, a Gale, Beetee, a także kilkanaście innych osób znajdujących się w Dowództwie spogląda na mnie z nadzieją.

- Dobrze, Kosogłosie. Ale co z Trzynastką? Wiesz, że Kapitol to nie nasz jedyny problem – powątpiewa Heavensbee.

- Do walki z Trzynastką ruszymy, kiedy zjednoczymy się z Kapitolem – odpowiadam pewnym głosem. Właściwie – poprawiam – to nie będzie walka. Kiedy przekonamy stolicę, że podziemny dystrykt jest naszym wspólnym wrogiem, zyskamy spory arsenał broni. Powinniśmy zastosować ten sam manewr, co Kapitol ponad 75 lat temu. Zostawimy Trzynastkę w spokoju, jeśli ona zostawi nas. Stanie się oddzielnym państwem i nie będzie już miała nic z Panem wspólnego. Wątpię, czy tamci ludzie będą chcieli wojny atomowej. Znamy ich przyzwyczajenia, wolą pójść na kompromis, niż daremnie ucierpieć.

- Kotna, wiesz, że Kapitol nie będzie tak łatwo przeciągnąć na naszą stronę – Gale patrzy na mnie zmartwionym wzrokiem. Wiem, o co mu chodzi. Cały ten bunt zaczął się przez nas – Zwycięzców.

- Wiem, Gale – uspokajam go spojrzeniem. – Dlatego Zwycięzcy znikną. Zaczną normalne życie, zrezygnują z comiesięcznych dochodów z Igrzysk, które otrzymali w nagrodę. Nie będzie o nich ani widu, ani słychu. A Kapitolińczyków i mieszkańców dystryktów powinno to jeszcze bardziej utwierdzić w przekonaniu, że teraz jesteśmy wszyscy równi.

Poszukuję aprobaty w oczach zgromadzonych. Wiem, że plan może nie wypalić, że może jest bezsensowny, a Kapitol po prostu pragnie nas wszystkich wyniszczyć.

- Słuchajcie – zaczynam ponownie. – Wiem, że jest ciężko. Ale to chyba nic złego, że możemy mieć nadzieję.

Haymitch chrząka pod nosem.

- Czyli… To znaczy, że będę musiał zacząć… pracować?

- Dokładnie to, Haymitch – Plutarch zaczyna się śmiać. – Jakoś nie widzę cię w żadnej pracy.

- Mogę zawodowo paść gęsi – odparował mentor, wzbudzając jeszcze większy chichot w Dowództwie. Uśmiecham się, bo wiem, że Haymitch tym samym się zgodził, a Plutarch też poparł ten pomysł. Zerkam ukradkiem na Beetee’ego, ale on jest pogrążony w jakiś papierach. Sprawia wrażenie, jakby był nieobecny od początku rozmowy. Kiedy napotykam spojrzenie Gale’a zaczynam rozumieć, o co chodzi. Beetee kieruje akcją ratunkową Peety. I sądząc po jego minie nie idzie ona zbyt dobrze. Podchodzę do Gale’a.

- I jak wam idzie?

Beetee nawet nie odrywa wzroku od monitora komputera.

- Teren czysty, ośrodek opustoszały, zespół lekarzy zebrany. Jak na razie wszystko dobrze, ale Peeta będzie potrzebować dużo czasu. Nie wiem, czy uda nam się wymknąć niepostrzeżenie.

Te słowa gaszą mój entuzjazm. Brunet, stojący u mego boku to zauważa i obejmuje mnie ramieniem. Wtulam głowę w jego klatkę piersiową i słyszę mocne, równomierne bicie jego serca.

- Będzie dobrze, Kotna. Pewnie zobaczymy jego irytującą buźkę za kilka dni.

- Mam taką nadzieję – szepczę. I mam zamiar się jej trzymać.

17:38, fiolek232
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lipca 2015

Cześć wszystkim. Wiem, że już po raz już tysięczny, nie mam prawa się tutaj w ogóle pokazywać. Ale tak za wami tęsknię, że nie potrafię nie wrzucić tego rozdziału. No i kolejnych, bo taki mam zamiar. Możecie na mnie krzyczeć, bardzo o to proszę, bo to mnie motywuje do pracy. A bardzo chciałabym skończyć tą historię. :)

~ Fiołuń

 

 

 

 

  - Zapomniałam wszystko.

 

 

  Siedzę na polanie w głębi lasu z Gale’em u boku. Udało mi się wyciągnąć go z sali kontrolnej, czy też z Dowództwa, jak Beetee i reszta ją nazywają. Właściwie, to nawet nie jest polana – to prawie łysy placek ziemi, który powoli zaczyna zarastać trawą. Dookoła piętrzą się stare, spróchniałe korzenie drzew. Na pierwszy rzut oka widać, że były wycięte niedawno.

Najwyraźniej w ziemi siedzi coś, co zabiło te rośliny, a teraz nie chce dać życia nowym drzewom. Jeden z ogromnych pieni ma tak rozłożyste korzenie, że daje kryjówkę mnie i Gale’owi. Nawyki nabyte dawno temu, dojrzewające pod okiem ojca, nadal dają o sobie znać. Wciąż nie lubię siedzieć na otwartym terenie, gdzie jestem wystawiona na oczy leśnych stworzeń. Szukam schronienia w gałęziach drzew, pomiędzy kamieniami, w krzakach, czy w często spróchniałych, pustych pniach wiekowych drzew. Nie angażuję się bezpośrednio w leśne życie, tylko pozostaję z boku, obserwuję, izoluję się. Teraz, kiedy siedzę na obcym terenie, oparta o ramię przyjaciela, zadaję sobie pytanie, czy leśne przyzwyczajenia nie przedostały się przypadkiem do mojego życia i nie zakorzeniły się tam na dobre. Niczym chwast oplatają wszystkie uczucia i emocje, niszczą je w zarodku i czekają na kolejne ofiary. A stają się nimi moja rodzina, przyjaciele.

 

 

  - Zapomniałam wszystko.

  - O czym mówisz, Katniss? – pyta cicho chłopak. Nie patrzy na mnie. Jego czujne oczy wpatrują się w przestrzeń, szukając obecności jakichkolwiek innych żywych istot. Wiem, że tak naprawdę mnie nie słucha. W sumie, to nie mam mu tego za złe. Gdyby to on miał problem ze swoją dziewczyną i nawijał o niej ile wlezie, też po pewnym czasie przestałoby mnie to interesować. Wbijam wzrok w moje zabłocone buty.

  Milczymy.

  Po kilku sekundach, może minutach, Gale spogląda na mnie wzrokiem pozbawionym wyrazu.

  - Co się dzieje? – To stwierdzenie, nie pytanie.

  Biorę głęboki wdech, gdyż nie mam siły opowiadać mu tego wszystkiego, co siedzi mi w głowie i aż wrzeszczy o możliwość wyjścia na zewnątrz.

  - Sama nie wiem – zaczynam niepewnym głosem. Nie mam pojęcia od czego zacząć. – Widzisz, każdy z nas, ludzi czy zwierząt, ma coś charakterystycznego dla siebie, nieważne czym to jest, co zapisuje się w naszej podświadomości i sprawia, że pamiętamy o nim. U ciebie na przykład są to brwi.

  - Brwi? – wchodzi mi w słowo Gale. – Dlaczego akurat brwi? – śmieje się.

  - Nie mam pojęcia. – Wbijam wzrok w przestrzeń. – U Finnicka był to uśmiech, u Prim jasny kolor jej włosów, u taty zapach lasu, u Rue sposób, w jaki stawała na palcach. Przypominała maleńkiego ptaka, wzbijającego się do lotu. Nawet pamiętam ten przeciągły jęk Jaskra, kiedy tylko pojawiałam się w domu – kończę ze śmiechem.

  - Katniss – zaczyna brunet cicho – nie obraź się, ale po co ty mi to mówisz?

  Uśmiecham się, ale nie patrzę na niego. Próbuję dostrzec coś w przestrzeni, ale widzę tylko pustkę.

  - Każdy ma coś, dzięki czemu go pamiętam. Każdy, rozumiesz? – wciągam powietrze przygotowując się na wypowiedzenie tych słów, co stanie się równoznaczne z zaakceptowaniem ich. - Z wyjątkiem Peety.

    Milknę. Czuję, jak Gale mnie obejmuje. Jestem świadoma tego, że chce dodać mi otuchy.

  - Wiem, że pachniał chlebem i koprem, ale nie potrafię poczuć tego zapachu. Że jego oczy miały kolor nieba o poranku, ale nie jestem w stanie ich zobaczyć. Że na widok jego uśmiechu miękły mi kolana, ale nie potrafię już go sobie wyobrazić.

  Odwracam wzrok i wbijam go w zasłuchaną twarz przyjaciela. Nie płaczę. Jest taki rodzaj bólu, którego ogrom, jest nie do wypowiedzenia nawet przez łzy.

  - Nie ma go od niespełna dwóch tygodni, a ja czuję się, jakby odszedł już wieki temu. Dlatego proszę cię, Gale. Muszę pojechać z wami do Kapitolu. Nie chcę zapomnieć tych nielicznych rzeczy, które sprawiały, że byłam choć trochę szczęśliwa. A nawet jeśli nie będzie się dało już nic zrobić, chcę się pożegnać.

  Twarz Gale’a twardnieje. Mogłam się domyślić, że nie będzie chciał pomóc. Zapewne ma dość mojego zachowania i chce, żeby Peeta jak najszybciej zniknął z naszego życia. Otwieram usta, żeby jeszcze raz poprosić go o pomoc. Widzę jednak jego oczy, które skrywają odpowiedź na moje kolejne, jeszcze niezbadane pytanie.

  - Katniss… - wzdycha, jakby wymówienie mojego imienia sprawiało mu nie lada trudność. – Polecieli już. Beetee włamał się do systemu i utorował nam drogę. Wyruszyli kilka godzin temu. – Ucieka ode mnie wzrokiem.

  - Dlaczego Haymitch nic o tym nie wspomniał! – denerwuję się.

  - Bo o niczym nie wie. Doktorzy uznali, że lepiej będzie, jeśli dowiecie się po fakcie. Przepraszam. – Gale odsuwa się ode mnie i wstaje. Oddala się w stronę strefy mieszkalnej. Nie odwraca się ani razu.

  Pozostaję oparta o pień drzewa aż do zachodu słońca. W moim mózgu kołacze się tylko jedna myśl.

  Nie zdążyłam się z nim pożegnać.

 



10:28, fiolek232
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 stycznia 2015

Na początku chciałabym życzyć wszystkim Wam, ale i każdemu z osobna, wszystkiego najlepszego z okazji Nowego Roku! Niech ten rok przepełniony będzie radością, miłością i spokojem. :)

A co do rozdziału. Jest to taki mały przerywnik. Akcja tej notki nie jest bezpośrednio związana z główną historią, nie jest to też żaden przeskok w czasie. Postanowiłam, że skoro u nas Nowy Rok, to w Dwunastce również. Cóż, może jest to tandetne, może oklepane. Nie wiem, nie podoba mi się to, że ten rozdział jest szczęśliwy.

Aha, i mam małe pytanko. Czy bierzecie pod uwagę przywrócenie jednego bohatera (lub bohaterki) do życia? :) Jeśli ktoś jest spostrzegawczy, to między wersami poniższego tekstu, może wyczytać, o kogo mi chodzi ;).

Zaznaczam też, że do 14.01 notki mogą pojawiać się nieregularnie, ze względu na moje przygotowania do olimpiady z języka polskiego i nawału sprawdzianów. Przepraszam za wszystkie opóźnienia :)

No, a teraz zapraszam do czytania.

~ Fioł

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Brnę przed siebie, próbując przedrzeć się przez otaczającą mnie zewsząd, blisko półmetrową pokrywę śniegową. Czuję, jak odmarzają mi uszy, pomimo naciągniętej na nie grubej, puchowej czapki. Staram się jednak na to nie zważać, tylko dalej idę wytrwale przez Łąkę. U mojego pasa wiszą cztery tłuste króliki i trzy indyki. Całe szczęście, że w lesie nigdy nie ma tyle śniegu ile na otwartym terenie. Inaczej nigdy nie ustrzeliłabym tyle zdobyczy, a dzisiaj Peeta potrzebuje dużo mięsa. Z zamarzniętego deszczu jednak można odczytać jak z książki, ile i jakie zwierzęta, kiedy i w jakim kierunku przemierzały daną trasę. W moich butach powoli zaczyna robić się mokro, więc przyspieszam kroku.

 

Wchodzę na odśnieżoną drogę, prowadzącą do Wioski Zwycięzców. Gwiżdżę zimową melodię, a uradowane kosogłosy powtarzają ją uroczo, tworząc cudowną harmonię. Wioska naprawdę wygląda ładnie. Nie wiem kto i nie wiem kiedy przystroił bramę wejściową gałązkami ostrokrzewu, ani kto poobwieszał domy bukietami z jemioły. Uśmiecham się, widząc w myślach jak Peeta będzie chciał bezczelnie wykorzystać to, że wejście do naszego domu aż tonie w delikatnych gałązkach z białymi, jakby przeźroczystymi kuleczkami pomiędzy listkami.

 

Otwieram mocne, nieprzepuszczające lodowatego powietrza drzwi i od razu ogarnia mnie przyjemne ciepło. Ciepło bijące z ognia, rozpalonego w kominku powoduje, że obok moich stóp pojawia się kałuża wody. Rozbieram się pospiesznie i wieszam kurtkę na wieszaku w przedsionku. Zza ściany dobiega mnie stukot garnków oraz cudowny aromat ziół i przypraw. Idę do kuchni z łupami, chcę pochwalić się nimi przed chłopakiem, zanim zabiorę się do obdzierania ich ze skóry. Dzisiaj na polowaniu najwyraźniej los mi sprzyjał, co jest dobrym zbiegiem okoliczności, gdyż wieczorem przyjadą do nas goście świętować z nami nadejście Nowego Roku. Byłam temu trochę przeciwna, nie lubię wystawnych imprez ani nadmiaru ludzi w jednym budynku. Peeta zapewnił mnie jednak, że zaprosimy tylko najbliższych przyjaciół z rodzinami i że feta nie będzie zbyt wystawna. Ostatecznie zgodziłam się, a nawet sama zajęłam się zapraszaniem gości. Blondynowi natomiast powierzyłam stronę kulinarną.

Kiedy przekraczam próg kuchni spotyka mnie miła niespodzianka.

- Mamo, co ty tutaj robisz? – pytam zaskoczona obecnością rodzicielki w domu. – Miałaś być dopiero wieczorem.

- Pomyślałam, że wpadnę wcześniej, pomogę wam, to znaczy Peecie, w kuchni – uśmiecha się ciepło. – Nie cieszysz się, że mnie widzisz?

- Mamo, oczywiście, że się cieszę. – Uświadamiam sobie, że stoję w wejściu z królikami w ręku, więc tylko kładę zwierzynę na kuchenny blat i podbiegam do kobiety. Przytulam ją mocno chłonąć jej zapach. Kojarzy mi się z domem, ale innym. Domem, w którym się urodziłam, a którego już nie ma. Oczy mi wilgotnieją, ale mrugam szybko, żeby łzawa mgła odpłynęła z oczu. – Tęskniłam z tobą.

- Ja też za tobą tęskniłam, córeczko – szepcze w moje włosy.

Wyswobadzam się z jej ramion i ze śmiechem zauważam, że moje włosy są teraz całe w mące i jajkach.

- Przepraszam Katniss, zapomniałam, że mam brudne ręce – mówi z uśmiechem mama, ale zbywam to machnięciem dłoni.

- Mamo, proszę cię. Chyba nie zapomniałaś, że mieszkam w domu piekarza? – chichoczę. Mama puszcza mi oczko i bierze do ręki jednego indyka.

- Ładna sztuka. Daj, wyręczę cię i przyrządzę go, dobrze? Ty już się dość namęczyłaś na polowaniu – proponuje.

- Nie trzeba, pewnie jesteś zmęczona po podróży. Dam sobie radę – protestuję.

- Kochanie, daj spokój – naciska.

Po chwili zastanowienia daję za wygraną i pozwalam jej obedrzeć ze skóry drób i króliki. Obserwuję jak wychodzi, ubrana w ciepłą, puchową kurtkę i dziergany szalik. Wzdycham sama do siebie. Mama nigdy nic nie dawała sobie wmówić, więc najwidoczniej w tej kwestii nic się nie zmieniło.

Zauważam uśmiech Peety.

- No co? – pytam z obojętną miną.

- Nic, nic – odpowiada tonem, który sugeruje, że jednak coś jest na rzeczy.

- Tak, śmiej się, śmiej. Katniss Everdeen, która dwa razy przetrwała Głodowe Igrzyska i obaliła dyktaturę Snowa nie potrafi przeciwstawić się własnej matce. – Denerwuje mnie jego mina, więc podchodzę do niego i pytam gniewnie: - Mam ci w czymś pomóc, czy będziesz tak stał i się ze mnie nabijał?

Peeta prycha zabawnie i chwyta jeden kosmyk moich włosów, który wysunął się z warkocza.

- Słonko, znowu robisz z igły widły. Twoja mama chciała nam dać chwilę, którą możemy spędzić sam na sam. Powiedz mi, kiedy po raz ostatni spokojnie porozmawialiśmy, pobyliśmy po prostu razem? Zawsze w naszym domu jest jakieś zamieszanie, ktoś stale się tutaj kręci. Teraz przyjeżdża Johanna, Annie i reszta i będą tutaj przez pewien czas. Znowu nie będzie możliwości bycia tylko we dwoje. Wykorzystajmy ten moment, który jest nam dany. Co ty na to? – proponuje i wkłada mi pukiel włosów za ucho. Przesuwa delikatnie dłonią po moim policzku. Przechodzi mnie dreszcz jak zawsze, kiedy tak robi. Właściwie, to ma rację. Brakowało mi tego. Podchodzę do niego bliżej.

- Powiedz mi, czemu tylko ja nie rozumiem żadnych ukrytych przekazów?

- Wystarczy, że ja je rozumiem – szepcze z uśmiechem.

- Dziwne jest tylko to, że moja mama, jeszcze niedawno uważała, że jestem zdecydowanie zbyt młoda na związek – zauważam.

- Nie wiem, słonko. Ja chyba nigdy nie zrozumiem kobiet – śmieje się.

Przesuwa swoje dłonie na moją szyję i delikatnie pociera kciukiem moją linię szczęki.

- Za tobą też tęskniłam, wiesz? – wzdycham.

- Katniss, nie masz pojęcia jak ja bardzo za tobą tęsknię – oświadcza ledwie słyszalnym szeptem.

Pierwszy pocałunek jest bardzo delikatny, jakby Peeta bał się, że znowu mu ucieknę, że ktoś nas przyłapie. Właściwie, to chłopak tylko delikatnie muska moją górną wargę. Próbuję przytrzymać jego usta, ale robi jakieś dziwne uniki. W końcu denerwuję się i z całej siły wpijam się w usta blondyna. Momentalnie po moim ciele rozchodzi się fala rozkosznego ciepła. Kiedy rozchylam delikatnie wargi, Peeta nie wytrzymuje powstałego między nami napięcia. Z jego ust wydobywa się przeciągły jęk. Jego dłonie przesuwają się na moją talię i przyciskają mnie do siebie. W pewnym momencie chłopak sadza mnie na blacie, żebym znalazła się bliżej jego warg, a on nie musiał się za bardzo schylać. Obejmuję ramionami jego szyję i wsuwam palce w jego miękkie loki. Odrywam się na chwilę od jego ust.

- A co z tą kolacją? – mówię, próbując złapać oddech.

- Nie ucieknie – odpowiada zachrypniętym głosem.

Ponownie zagarnia mnie ku sobie. Oplatam jego biodra nogami, nie zwracam już uwagi na to, co się dzieje wokół. Teraz jesteśmy tylko my. Peeta delikatnie muska ustami moją szyję, obsypuje pocałunkami twarz. Kiedy przygryza płatek mojego ucha z moich ust wydobywa się ciche westchnienie. Blondyn znowu otwiera mi usta pocałunkiem, który jest teraz powolniejszy, bardziej leniwy i bardziej namiętny. Pożądanie rośnie mi w gardle. Wiem, że jeszcze chwila i nie będę mogła się przed niczym powstrzymać. Dlatego delikatnie odrywam się od niego, choć czuję, że chłopak nie ma na to najmniejszej ochoty i próbuje ponownie przylgnąć do mnie. Biorę jego twarz w dłonie i patrzę w jego oczy, w których tańczą dobrze mi znane ogniki pożądania. Muszę użyć całej siły woli, żeby się na niego nie rzucić. Oboje mamy przyspieszone oddechy, w kuchni jakimś cudem zrobił się potworny bałagan, a moje spodnie są całe z mąki rozsypanej na blacie.

- Peeta – szepczę z trudem – musimy przestać.

- Katniss… – mówi z wyrzutem i przesuwa nosem po moim policzku.

Opieram głowę o jego czoło.

- Dzień się jeszcze nie skończył – tłumaczę i przesuwam kciukiem po jego dolnej wardze. Przełyka głośno ślinę. W końcu daje za wygraną i odsuwa się ode mnie z figlarnym uśmiechem.

- Dobra, ale nie licz, że wieczorem uciekniesz mi tak łatwo – informuje.

- Nie mam zamiaru – odpowiadam szeptem.

 

 

Dzień mija bardzo szybko, zanim się obejrzę, zapada, dość szybki o tej porze roku, zmrok, a po chwili do drzwi dzwonią pierwsi goście. Haymitch wyręcza mnie i idzie otworzyć przybyłym. Przylazł tu niedługo po tym, jak uprzątnęliśmy jako tako kuchnie i doprowadziliśmy się do porządku. Też jako tako. Potem przez cały dzień siedział na fotelu i marudził. Jestem ciekawa, jak jego gęsi z nim wytrzymują i jakim cudem ja jeszcze nie wydrapałam mu oczu. Teraz przynajmniej na coś się przydaje, bo otwieranie drzwi najwyraźniej skupia jego uwagę na czymś innym, niż na mnie i na moim „nierozsądnym”, według niego, zachowaniu. Muszę jednak przyznać, że Abernathy nie raz był dla mnie wsparciem. W sumie, można powiedzieć, że sam uczynił się moim zastępczym ojcem. Zapewne będzie ode mnie wymagać za to wdzięczności. Może jednak Peeta miał rację mówiąc, że jesteśmy do siebie podobni?

Moje rozmyślania przerywa radosna wrzawa w przedsionku. Z tego co pamiętam, Annie z malcem i Johanna miały przyjechać razem. Beetee od razu zdeklarował, że w tę noc będzie zbyt zajęty. Nie wnikam w to, nie znam się na tej całej technologii, którą Beetee ma w jednym palcu. Prawdopodobnie projektuje, albo testuje działanie maszyny, która zrewolucjonizuje całe Panem i nic nie jest w stanie go oderwać od tej czynności.

Wiem też, że Gale’a prawdopodobnie również nie będzie. Wspominał coś o podróży i o tym, że chce na chwilę się oderwać od codzienności. Jejku, ta blondynka, w której jest tak szaleńczo zakochany, a którą ja znam tak dobrze, naprawdę prowadzi go ku dobrej drodze. Szczerze, to nigdy nie podejrzewałam go o to, że zainteresuje się właśnie nią. Ale przeciwieństwa się przyciągają, czego doskonałym dowodem na to jesteśmy ja i Peetą.

Z Effie straciliśmy kontakt już dawno. Wizyta w Zerze trochę namieszała jej w głowie. Chyba wróciła do Kapitolu, w dystryktach nigdy nie czuła się wystarczająco komfortowo.

Wypycham z głowy smutne myśli i daję się porwać radości związanej z nadejściem Nowego Roku, której nigdy po śmierci taty w domu już nie było.

 

 

Siedzę na fotelu wtulona w Peetę. Opieram się o jego tors, a podkulone nogi przerzuciłam przez jego własne. Chłopak lekko masuje moją łydkę, a jego druga ręka spoczywa w mojej dłoni.

Rozglądam się po pokoju. Muszę przyznać, że mama udekorowała go naprawdę pięknie. Porozwieszane w każdym kącie gałązki jemioły i ostrokrzewu nadają pomieszczeniu dziwny urok. Cóż, może jednak tej jemioły jest trochę za dużo. Ciężkie, długie aż do ziemi czerwone zasłony dają efekt przytulności i ciepła. Ogień z kominka wesoło tańczy w szkiełkach w kształcie płatków śniegu, które sama powiesiłam przy oknie. To prezent do nowego domu od mamy.

Haymitch jest już lekko podchmielony, Annie wytrwale zabawia syna pluszową kaczuszką, która po naciśnięciu wydaje skrzekliwy dźwięk, choć według mnie  niezbyt przypomina on prawdziwe kwakanie. Skoro to jednak skuteczny sposób na opanowanie Toby’ego, to nie odzywam się i pozostawiam swoje uwagi dla siebie. Mama w skupieniu słucha Johannę opowiadającą historię, jaka zdarzyła się jej podczas podróży do Dwunastki. Pomimo tego, że opowieść jest naprawdę zabawna, to jakoś nie potrafię się skupić. W głowie mam tylko myśl o tym, że ręka Peety przesuwa się dyskretnie z łydki w górę. Chłopak nie daje po sobie nic poznać, słucha uważnie Jo, potakuje i śmieje się w odpowiednich momentach, ja jednak doskonale wiem, co siedzi w jego głowie. Nagle zwinne palce Peety przesuwają się na wewnętrzną część mojego uda tak, aby nikt tego nie zauważył. Wiem, że specjalnie się ze mną drażni. Aby uniknąć czegoś, co byłoby nie na miejscu, przekręcam się w fotelu. Chłopak natychmiast cofa rękę. „Punkt dla mnie”, myślę.

 

 

Kilkanaście minut przed północą Haymitch proponuje, abyśmy przeszli się na rynek. Informuje nas, że odbędzie się tam zbiorowe odliczanie do północy i pokaz fajerwerków. W Dwunastce nic nie jest obchodzone tak hucznie jak w Kapitolu, ale liczy się sam fakt i symbol. Po krótkich namowach zgadzamy się na przechadzkę. Annie chce zostać, żeby popilnować śpiącego malca, ale mama od razu oferuje jej swoją pomoc i każe iść z nami. Kiedy docieramy na główny plac, ze zdziwieniem zauważam, że jest on zapełniony ludźmi. Mieszkańcy Dwunastki od zawsze podchodzili sceptycznie do tego typu imprez. Pewnie dlatego, że była to tylko mierna transmisja z hucznej zabawy w Kapitolu. Tam zawsze szampańska zabawa trwała do samego rana, przy towarzystwie pierwszorzędnej muzyki, tańców i doskonałego jedzenia. Jak ludzie w biednych dystryktach mogli się tym cieszyć, jednocześnie cierpiąc głód, biedę i choroby? Teraz jednak najwyraźniej zainteresowali się czymś, co ma być przeznaczone tylko dla nich. Dla nas.

Dorośli ściskają sobie ręce, dzieci biegają pomiędzy górami odmiecionego śniegu, ktoś rzuca się z kimś śnieżkami. Jedna z nich przelatuje niebezpiecznie blisko ucha Haymitcha. Zdezorientowany mentor odwraca się szybko w stronę, z której przyleciała śniegowa kulka z gniewnym wyrazem twarzy. Na widok jego niecodziennej miny Johanna z miejsca zanosi się śmiechem, czym wywołuje jeszcze większą furię mężczyzny.

Wszyscy ludzie są zebrani w jednym miejscu, każdy staje bliżej drugiej osoby chociażby po to, żeby się ogrzać. Stanowimy jedną, wielką społeczność, w której każdy traktuje każdego jak brata. Ściskam mocniej rękę Peety, ale widzę, że on sam też zauważył tą zmianę. Uśmiecha się do mnie i prowadzi w głąb tłumu.

 

 

Czterdzieści dziewięć, czterdzieści osiem, czterdzieści siedem, czterdzieści sześć…

Nim zdążymy doliczyć do końca sekundy pozostałe do rozpoczęcia nowego roku czuję, jak coś mocno ciągnie mnie za rękę. Jestem zbyt zaskoczona, żeby jakoś zareagować. Na ślepo podążam za źródłem uścisku i nim się obejrzę znajduję się w ramionach Peety. Zauważam, że oddalił się trochę od innych ludzi, pewnie po to, żeby zapewnić nam odrobinę prywatności. Przykłada swoją rękę do mojego policzka i lekko pociera go kciukiem. W jego oczach widzę odbicie gwiazd, które błyszczą nad naszymi głowami.

Dwadzieścia cztery, dwadzieścia trzy, dwadzieścia dwa, dwadzieścia jeden…

- Peeta, co się… - zaczynam, ale on momentalnie wchodzi mi w zdanie.

- Pocałuj mnie chwilę przed północą i skończ kilka sekund po niej, a będzie to najpiękniejszy koniec i początek roku, jaki tylko mogę sobie wyobrazić – szepcze.

Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć…

Tłum krzyczy kolejne liczby, kiedy ja podejmuję natychmiastową decyzję. Peeta nie prosi wcale o wiele. Nachylam się ku niemu przymykając oczy.

Trzy, dwa, jeden…!

Pomimo nieziemskiego mrozu, jego usta nadal pozostają ciepłe. Kiedy odrywa się od moich warg, spogląda na mnie i całuje jeszcze raz w czoło. W jego oczach widzę miłość taką, jaką sama go darzę. Nad naszymi głowami strzelają fajerwerki, chmara kolorów szaleje na niebie. Zielony zamienia się w pomarańczowy, ale tylko po to, żeby po sekundzie przybrać kolor lazurowego nieba. Pomimo ogłuszającego huku słyszę wyszeptane słowa chłopaka:

-Szczęśliwego Nowego Roku, słonko.



15:48, fiolek232
Link Komentarze (6) »
piątek, 19 grudnia 2014

Kolejny rozdział przewiduję na niedzielę, ale jeśli mi się to nie uda to dodam w poniedziałek :)

Pomijając najbliższą notkę, rozdziały będą pojawiać się ZAWSZE -przyrzekam- w piątki i niedziele.

~ Fioł

 

 

Spaceruję po wydeptanej ścieżce, biegnącej dookoła kompleksu mieszkalnego w Zerze. Trasa jest dość długa, gdyż ludzie, którzy zdecydowali się tutaj pozostać, zaczynają budować swoje własne domy, czasem dość daleko od głównego placu. Rozumiem dobrze takie osoby, ja też wolę prywatność. Pewnie dlatego zawsze w Dwunastce szukałam schronienia w lesie. Tym razem jednak trzymam się utartego szlaku, boję się wkroczyć na obcy zalesiony teren bez Gale’a u boku. Nie chciałam odrywać go od pracy przy organizacji wkradnięcia się na teren Kapitolu, gdzie trwają teraz walki, o odzyskanie władzy w stolicy przez jego mieszkańców. Wstrzymano przejazdy pociągów, nie ma dostaw żywności, zamknięto wszystkie możliwe wejścia i wyjścia z miasta. Dlatego musimy jakoś przedrzeć się przez ten system, jeśli Peeta ma przeżyć. Poza tym nikt nie ma żadnych wiadomości o miejscu pobytu do niedawna naszych przyjaciół – Monrovi, Devina i fałszywego Beetee’ego. Uświadamiam sobie, że nawet nie znam imienia tego mężczyzny, który przewodzi buntem Kapitolu.

 

Powinnam teraz siedzieć w Kapitolu i za wszelką cenę utrzymywać Praię przy życiu. Ewentualnie czuwać przy Johannie i próbować ją jakoś pocieszyć. Porozmawiać z Effie, z którą nawet się nie widziałam od czasu naszego przyjazdu do Zera. Albo chociażby pomagać Gale’owi przy planowaniu szturmu na Kapitol.

 

Nagle czuję się tak przygnieciona ciężarem, spoczywającym na moich barkach, że z miejsca siadam na gęstej, nieskoszonej trawie, nie mogąc dłużej ustać. Chowam twarz w dłoniach. To wszystko mnie przerosło. Myślałam, że bycie Kosogłosem już się skończyło. Tymczasem będę musiała powstać z popiołów i ruszyć do walki. Najwyraźniej moje zwycięstwo nastroiło Kapitol do kontrataku. Igrzyska z kapitolińskimi dziećmi tylko podsyciły chęć zemsty. Z dotychczasowych wydarzeń wnioskuję, że także chęć mordu. Nie mogę pozwolić na to, żeby państwo, o które walczymy ponownie legło w gruzach. Problem tkwi w tym, że Kapitol nie rozumie naszych chęci. Myśli, że chcemy władzy. Że ja chcę władzy. Broń biologiczno-chemiczna, atomowa i jądrowa od dawna znajduje się w Trzynastce, ale z tego co wiem, stolica urządziła sobie własną nową zbrojownię. A Trzynastka? Sama nie rozumiem jej intencji. Zawarła porozumienie z Kapitolem. Przynajmniej według Heavensbee’ego.  Znów chce dominować. Nie wyraziła chęci przyłączenia się do nowego Panem. Czuje do nas niechęć za to, że zabiłam Coin. Boję się perspektywy kolejnej krwawej jatki, nie chcę kolejnych ofiar. Paylor i my – zwycięzcy, nie mamy już broni, która może się równać z potęgą broni nuklearnej.

Dlaczego ludzie się nawzajem zabijają?

Dlaczego nigdy nie możemy dojść do zgody?

Peeta miał rację. Powinniśmy zniknąć z powierzchni ziemi, żeby zrobić miejsce dla jakiegoś porządniejszego gatunku. Ludzie, którzy w taki sposób próbują udowodnić, że mają rację, nie powinni być uprawnieni, żeby żyć. Ale życie w ciągłym strachu też nie jest życiem. To tylko trwanie. Śmierć jest lepszym wyjściem. Kończy sprawę szybciej.

 

Biorę kilka głębokich wdechów. Zaciskam ręce i wstaję, gdyż słońce za niedługo zajdzie, a ja nie chcę siedzieć na obcym terenie w ciemnościach i bez broni. Idąc drogą powrotną, kopię kamyk. Uświadamiam sobie, że ja też jestem takim kamykiem. Co rusz moje życie zostaje poturbowane przez los, a ja nie mogę na to nic poradzić. Pozostaje mi tylko zaakceptować swoje położenie.

Spoglądam na swoją rękę i nadrywam delikatnie kawałek nadal łuszczącej się skóry. Czuję do siebie odrazę, jestem połatanym potworem. Mój wygląd idealnie odzwierciedla mój stan emocjonalny.

Wtem coś we mnie się łamie.

„Jestem beznadziejna”, myślę. Cały czas poświęcam swoją uwagę tylko na siebie, kiedy wokół mnie dzieje się tyle niedobrego. Jestem samolubna i nieuczciwa, zapewniając, że staram się pomóc innym. Potrafię myśleć tylko o tym, jak mi jest źle i jak w moim życiu nigdy nic się nie układa. Doznaję olśnienia, że Haymitch naprawdę ma rację co do mnie. Jestem tylko pustą dziewczyną, która po śmierci siostry załamała się i nie potrafi pozbierać. Cały czas boję się, że coś stanie się ludziom, na których mi zależy. Ale nie dlatego, że chodzi o nich, tylko, że chodzi o mnie. Że nie będę w stanie po raz kolejny przeżyć straty, podobnej

do utraty ojca, czy Prim. Cały czas, od powrotu z areny, chodzi tylko o mnie. A teraz ludzie giną za mnie, uważając, że na to zasługuję, że warto się dla mnie poświęcić, bo ja zrobiłabym dla nich to samo. A ja nic sobie z tego nie robię. Siedzę bezpiecznie w Zerze, czekając daremnie, aż wszystko się samo ułoży.

Ta myśl wystarcza.

Biegnę na skróty w kierunku, w którym, jak myślę, znajduje się szpital. Nie przejmuję się już tym, że nie znam tego terenu. Mam już w nosie wszystko, co jest związane ze mną. Doskonale wiem, że takie postanowienia bywają nietrwałe. Wiem, że Haymitch będzie uważać, że zwariowałam. Wiem, że Gale i Beetee na pewno nie zgodzą się na tak radykalne środki, ale szczerze, to mam teraz ich wszystkich głęboko gdzieś.

Pulsowanie w skroniach, szum krwi w uszach i przyspieszony oddech przywracają mi chęć walki.

Ostatkiem tchu dobiegam do drzwi szpitala, ale przypominam sobie, gdzie znajdują się teraz mężczyźni. Zawracam w stronę dowództwa. W biegu pokonuję korytarz. Z frustracją przyznaję sama sobie, że nie mam pojęcia, gdzie mieści się główna sala kontrolna. Z moich ust wydobywa się pełen zniecierpliwienia jęk. Osuwam się po ścianie.

Po kilku sekundach stoję już na nogach, gotowa do poszukiwań Haymitcha. Nie obchodzi mnie gdzie się teraz znajduje, jak bardzo będzie pijany i że mnie wyśmieje – tak czy siak go znajdę.

Otwieram drzwi pokoju Haymitcha, obmacuję dziwną ścianę, a kiedy się odsuwa, wchodzę z impetem do środka. Moim oczom ukazuje się mentor zatopiony w papierach i z butelką alkoholu w dłoni. Podchodzę do niego z gniewnym wyrazem twarzy, wyrywam mu z ręki bimber i pociągam solidny łyk. Trunek od razu pali mnie w gardle, a w mózgu wybucha feeria gwiazd. Mężczyzna patrzy na mnie ze zdziwieniem.

- A tobie co znowu? Wpadłaś na kolejny genialny plan ratowania świata? – szydzi.

- A żebyś wiedział – podejmuję jego grę. Rzucam butelkę w jego stronę, a on z zadziwiającą łatwością ją łapie. – Pakuj ciepłe majtki, Haymitch. Jedziemy na Kapitol.

Mężczyzna wstaje i powoli podchodzi w moją stronę.

- Co? Coś ty powiedziała?

Jego opanowany, ale ostry głos trochę mnie przeraża, choć nie daję tego po sobie poznać. Ze stoickim spokojem zaczynam zgarniać papiery z jego stolika.

- Jedziemy walczyć. A co? Coś ci nie pasuje? – pytam, jak gdyby nigdy nic.

Nawet nie zauważam, kiedy do mnie podchodzi i łapie za ramię. Jego dłoń boleśnie je miażdży.

- Katniss, co ty sobie wyobrażasz? – w jego oczach widzę furię, którą z trudem powstrzymuje. – Myślisz, że wojna jest prosta, tak? Nie pamiętasz już jak to było? Tysiące zabitych cywilów, mieszkańców Dwunastki, innych dystryktów i Kapitolu. Martwi przyjaciele, przywódcy, rodzina – akcentuje ostatnie słowo. Przełykam głośno ślinę. Mężczyzna ciągnie dalej:

- Ale wtedy nasze położenie i tak nie było tak złe. Trzynastka była z nami, mieliśmy jakąś alternatywę. A teraz? Nie mamy broni, nie mamy przywódcy, nie mamy nadziei, Katniss. Nikt teraz nie zechce walczyć. Dystrykty są osłabione.

- Kapitol przecież też… - wtrącam, ale szybko zostaję zagłuszona ostrym tonem Abernathy’ego.

-Niby tak, ale on od zawsze był potęgą. Nie ma perspektywy zwycięstwa. Zapomnij o walce. Jedyne co możemy zrobić, to albo przeciągnąć Trzynastkę na naszą stronę, albo zorganizować negocjacje z Kapitolem. Pierwsza opcja raczej odpada, biorąc pod uwagę to, że zabiłaś Coin, a przy drugiej nie ma pewności, że rebelianci będą chcieli w ogóle z nami na ten temat dyskutować.

Mentor opada na kanapę i chowa twarz w dłoniach. Jest mi głupio również usiąść, więc cały czas tkwię w pozycji stojącej, próbując zignorować bolącą rękę. W końcu nie wytrzymuję i zadaję pytanie:

- Ale o co panu chodzi? I tak nie mam nic do stracenia.

Haymitch nawet na mnie nie patrzy.

- Zastanów się co mówisz.

Denerwuję się.

- Nad czym mam się zastanawiać?! Już ich wszystkich straciłam. Peeta nie przeżyje, nawet nie wiem, gdzie jest mama…

- Ale ciągle masz życie przed sobą! – wchodzi mi w zdanie. – Katniss, masz dopiero osiemnaście lat. Jesteś jeszcze dzieckiem. Tak, dzieckiem! – dodaje, widząc, że mam ochotę na ten temat dyskutować. – W życiu są różne sytuacje i trzeba jakoś sobie z nimi poradzić. Nie zasługujesz na śmierć, chociaż wiesz, że czasem sam mam ochotę cię zabić. Peeta też na to nie zasługuje. Dlatego wierzę, że on też przez to przejdzie. – Podchodzi do mnie i bierze moje ręce w swoje dłonie. Mam wrażenie, że jego szare oczy są w stanie przejrzeć mnie na wylot. Ma ten sam odcień tęczówek, co Gale i ja. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że to nas jednoczy. – Dasz radę, Kosogłosie. Tylko… nie rób nic pochopnie.

W jego oczach widzę niemą prośbę. Pewnie dlatego kiwam lekko głową, choć nie mam najmniejszego zamiaru słuchać jego słów.

- A teraz zmiataj mi stąd. Nie mam ochoty na ciebie dłużej patrzeć. – Mężczyzna odwraca się i bierze w dłoń butelkę postawioną wcześniej na stole. Znowu zatapia się w papierach.

Wychodzę, nie oglądając się za siebie.

Kiedy otwieram drzwi wyjściowe z budynku, do moich nozdrzy dociera zapach sosnowego lasu. Wtedy w mózgu świta mi kolejna myśl.

Muszę znaleźć Gale’a.

Jeśli Haymitch odmówił, to tylko on mi pomoże.



21:02, fiolek232
Link Komentarze (4) »
sobota, 13 grudnia 2014

Co powiecie na powrót? :D

Fiołuń

 

 

 

Otwieram oczy.

Błogostan, w jakim trwałam od jakiegoś czasu, skończył się, kiedy nieśmiałe promyki jasnego, zimowego słońca zaczęły tańczyć na moich zamkniętych powiekach. Niczym niezmąconą ciszę przerywa szelest flanelowej kołdry i mój cichy jęk niezadowolenia. Uwielbiam spać. Dlaczego codziennie trzeba się budzić, skoro tylko sen zapewnia nam bezpieczeństwo, spokój i błogość? Wyciągam rękę w nadziei, że trafię na jego dłoń, ale pod wyprostowanym ramieniem wyczuwam tylko zimno poszewki materaca. Musiał wstać szybciej, znowu z nieznanego dla mnie powodu. Ostatecznie ciekawość i niechęć do leżenia w pustym łóżku zmusza mnie, do wypełznięcia spod kołdry. Wsuwam stopy w kapcie, łapię leżący na oparciu wysuniętego krzesła szlafrok i człapię niespiesznie w stronę łazienki. Myjąc zęby patrzę na swoje odbicie w lustrze. Moja twarz znacznie zbladła, co tłumaczy się małą ilością słońca w okresie jesienno-zimowym. Tymczasem włosy nabrały intensywniejszego koloru, nie są już rozjaśnione przez promienie słoneczne. Kruczoczarnymi puklami opadają na plecy na wysokość łokci.

Nie podobam się sobie.

Nie jestem prawdziwa.

Opłukuję twarz wodą, wycieram ją ręcznikiem i przyspieszonym krokiem wychodzę z pomieszczenia. Nie chcę na siebie dłużej patrzeć.

Na dole słyszę trzask naczyń kuchennych, czuję aromatyczny zapach jajecznicy na szynce.

Ale ja przecież nie jadam jajecznicy.

Siadam przy stole i patrzę na Peetę, stojącego przy blacie. Ma upaćkane ręce, pewnie ugniata ciasto na chleb. Jego twarz przybrała skupiony wyraz. Ma go zawsze, kiedy robi coś, co lubi. Niesforne kosmyki jego włosów opadły na jego czoło, tworząc na policzkach pasiastą mozaikę. Uśmiech sam pojawia mi się na twarzy, tak samo, jak to przyjemne ciepło, rozchodzące się po ciele.

- Hej, skarbie – mówi, wypowiadając ostatnie słowo jak pytanie. – Wyspałaś się?

- Niekoniecznie – odpowiadam. – A ty?

- Niekoniecznie – powtarza i podnosi wzrok. – Widzisz, Katniss, ty śpisz kiedy chcesz i budzisz się kiedy chcesz. Ja śpię, bo zostałem do tego zmuszony. I ja się nie obudzę.

Z jego tęczówek zniknął cały błękit, źrenice rozszerzyły się tak, że zajęły dosłownie całą powierzchnię białek. Jego oczy to wielkie, czarne plamy.

Budzę się z wrzaskiem.

 

 

Nie rozumiem co do mnie mówią. Twierdzą, że wszystko będzie dobrze. Chce mi się śmiać na samą myśl o tym, że potrafią tak bezczelnie kłamać. Oczywiście, że nic nie będzie dobrze. Przecież to moje życie, a w moim życiu nic nie układa się dobrze. Tylko Haymitch ma dość rozumu w głowie, bo milczy. Siedzi ze spuszczoną głową, niczym skazaniec.

Każą mi iść spać. Mówią, że sen ukoi moje nerwy, że się odprężę i zapomnę. Nienawidzę spać. Dlaczego codziennie trzeba zamykać oczy, skoro we śnie nie znajduje się ukojenia? Kiedy koszmary przybierają inną, bardziej upiorną formę? Skoro w letargu nic nie zapewnia nam bezpieczeństwa i spokoju?

Wszyscy próbują mnie pocieszać, wciąż krąży wokół mnie pełno ludzi myślących, że swoją obecnością dodają mi otuchy. Nic bardziej mylnego. Bycie z drugim człowiekiem wcale nie daje gwarancji uniknięcia samotności. Ona zazwyczaj jest stanem duszy.

 

 

Podobno w organizmie Peety wykryto jakąś substancję, która robi wszystko, żeby zasnął na zawsze. Żaden z miejscowych lekarzy nie spotkał się jeszcze z takim przypadkiem. Nie potrafią powiedzieć co to za płyn, z czego pochodzi, dlaczego znalazł się w organizmie blondyna i dlaczego on jeszcze żyje. Plutarch obiecał, że weźmie go potajemnie do Kapitolu i że tam na pewno wyeliminują ten śmiercionośny czynnik z jego organizmu.

Nie ufam mu.

Ufam Peecie. A Peeta powiedział, że już się nie obudzi.

 

 

Nie chcę już nigdy zasnąć.

16:13, fiolek232
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 lipca 2014

Okay, mamy rozdział. Kotki, jedno małe ale. Skończyłam to badziewie z najwyższym trudem, ponieważ coś się dzieje z moim kompem. Nie wiem co to, i nie wiem, czy będę umiała pisać na dzień dzisiejszy. Ale obiecuję, coś z tym zrobię. Słowo Fiołka ;)

Komentujcie i mówcie, czy kontynuować bloga :D

 

 

- Dobra, jestem. A teraz czekam na wyjaśnienia.

Wpadam do pokoju, nie trudząc się zapukać. Szukam wzrokiem mentora, ale nie widzę go w pobliżu. Heavensbee'ego też nie. Onieśmielona ciszą zastygam na chwilę w bezruchu. Wytężam słuch, ale nie dochodzi do mnie żaden dźwięk, świadczący o obecności w pokoju kogokolwiek, oprócz mnie. Momentalnie robię się wściekła.

- Haymitch, ty cioto - mruczę sama do siebie.

Rozglądam się uważniej po pokoju. Szukam czegoś, co pomoże mi stwierdzić, że mieszka tu ktoś pokroju Haymitcha, ale widzę tylko niepościelone łóżko i kubek, prawdopodobnie po herbacie. Żadnych porozbijanych naczyń, potarganych firanek, czy pozrzucanych obrazów - jeśli w Zerze mają takie rzeczy. W moim pokoju byłam tylko raz, a nie zdążyłam się dokładnie rozeznać w wiosce. Moją uwagę przykuwa portret na jednej z śnieżnobiałych ścian. Przedstawia małą dziewczynkę o jasnych włosach i przyjaznym, rozmarzonych spojrzeniu. Samo patrzenie na niego wypełnia mnie sprzecznymi uczuciami - ciepłem oraz spokojem, ale także mdlącym uczuciem tęsknoty i bólu. Kiedy podchodzę bliżej dostrzegam, że jej oczy mają taki sam błękitny kolor, jak wstążka w blond lokach. Zamykam oczy i próbuję odegnać łzy. Ale kiedy tylko tracę obraz moje zmysły się wyostrzają. Słyszę jakby przytłumione głosy, ale dochodzące całkiem z bliska. Zza ściany. Przykładam do niej ucho i słyszę jakby wyraźniej. Znowu oddalam się od tynku i nie słyszę żadnego dźwięku. Żeby to sprawdzić dokładniej wychodzę na korytarz, ale po stronie z której słychać szmery nie ma żadnych drzwi. Z frustracją wchodzę z powrotem do pokoju Abernathy’ego i kopię w gadającą ścianę. Mój duży palec prawej nogi przeszywa nagły, szybki i mocny spazm. Moją twarz wykrzywia grymas i syczę z bólu. Szukam jakiegoś miejsca podparcia, żeby nie upaść. Moja ręka trafia na gładki gips, ale po opanowaniu się wyczuwam palcami maleńki punkcik. Przypatruję się uważnie ścianie, ale nie dostrzegam wybrzuszenia. Jeszcze raz przykładam rękę. Kuleczka nadal tkwi tam, gdzie była. Nagle coś wpada mi do głowy i przyciskam mocno przycisk. Tak jak podejrzewałam ściana przesuwa się w bok. Niepewnie stawiam krok w przód i przypatruję się niewidocznym nawiasom. Porządna robota. Tylko jakiś geniusz mógłby tak dokładnie ukryć przesuwane drzwi w ścianie. Moim oczom ukazuję się pokój podobnej wielkości do tego, z którego przed chwilą wyszłam. Jedyną różnicą jest brak łóżka i to, że jest naszpikowany różnego rodzaju aparaturą. Widzę hologramy Kapitolu, świetliste panele, których zapewne nie wolno mi dotykać, czy dziwnie wyglądający komputer, składający się z samego monitora i głośników. Mijam, dzielącą pokój na dwa pół ściankę i zastaję mentora i organizatora Igrzysk siedzących na kanapie i studiujących zaciekle jakiś dokument. W telewizorze po przeciwnej stronie pomieszczenia lecą Igrzyska kapitolińskich dzieci. W tym momencie widzę małą dziewczynkę nieporadnie rozpalającą ognisko. Praia! Jeszcze żyje! Zalewa mnie uczucie ulgi. Od razu mam ochotę zebrać pieniądze i wysłać jej coś, czego najbardziej potrzebuje, ale uświadamiam sobie, że przecież nie jestem już w Kapitolu. Nie wiem nawet jaka panuje tam sytuacja, czy ktoś w ogóle jest jeszcze w stanie sponsorować podarunki dla dzieciaków. Ba, nie wiem nawet co się dzieje na arenie! Chowam twarz w dłoniach. Matko, jaka ja jestem głupia! Od przyjazdu do Zera ani razu nie zainteresowałam się losem moich trybutów, nie mówiąc już o podopiecznych Peety. On na pewno starałby się im jakoś pomóc, może nawet posunąłby się do czegoś nielegalnego, żeby tylko wspomóc te biedne dzieciaki. A ja? Tak mnie przyćmiła duchowa nieobecność Mellarka, że zamknęłam się w sobie, nie chcąc widzieć otaczającego mnie świata. Postąpiłam dokładnie tak jak moja mama po śmierci taty. Teraz już rozumiem jak ona się wtedy czuła. To takie uczucie, które wychodzi z żołądka kurcząc go przy okazji, dzięki czemu nie ma się ochoty na jedzenie. Potem rozchodzi się po całym ciele ściskając mięśnie, wywiewając myśli i cele, odrzucając chęć do dalszego funkcjonowania. Pamiętam jak siedmioletnia Prim przynosiła mamie do łóżka porcję jedzenia, a następnego dnia brała ją z powrotem prawie nie tkniętą. Byłam wtedy zła na mamę, że marnuje moją z trudem upolowaną zwierzynę. Nie rozumiałam co znaczy stracić osobę, dla której było się w stanie zrezygnować ze swojego dobytku i zamieszkać w wiosce górników. Porzucić perspektywy dostatku i wygodnej przyszłości. Owszem, bardzo tęskniłam za ojcem, ale tak, jak tęskni się za rodzicem. To zupełnie inny rodzaj bólu, choć równie okropny. Mam wielką ochotę pobiec do swojej rodzicielki, przeprosić ją za te wszystkie lata ignorancji i braku akceptacji, przytulić się do niej i odgrodzić od całego zła tego świata. Ale uświadamiam sobie, że jej tutaj nie ma. Nie mam pojęcia gdzie teraz jest i czy chociażby żyje. Nie zniosę tego, że okaże się, że nie miała tyle szczęścia co my. Że nie zdążyłam jej wytłumaczyć, że już wiem co przeżyła, ani powiedzieć, że ją kocham. Ale nie na pokaz. Tak na prawdę, z głębi serca. Pamiętam, że powiedziałam jej to raz, przed 74. Głodowymi Igrzyskami, w czasie pożegnania trybutów. Nie sądzę, żeby o tym jeszcze pamiętała.

Moje smutne rozmyślania przerywa strzał armaty dobiegający z strony ekranu, zawieszonego na ścianie. Patrzę i widzę znajomą twarz chłopaka, ale to nie mój trybut. Jednak wydaje mi się łudząco podobna do...? Tak, już wiem. To trybut Peety właśnie został śmiertelnie pchnięty nożem. Spoglądam na jego oczy i widzę, jak powoli uchodzi z nich życie. Jego zabójca już czmychnął w zarośla, pewnie czając się na następną ofiarę. Nie zdążyłam nawet zobaczyć jego twarzy.

Podnoszę wzrok w kierunku kącika wypoczynkowego i widzę, że odgłos poderwał także Abernathy'ego i jego przyjaciela z odrętwienia. Zauważają mnie, a ja podchodzę do stolika, na którym piętrzą się stosy kartek. Haymitch jednym ruchem strąca wszystko na podłogę, ku zdziwieniu moim i Plutarcha. Wskazuje skinięciem głowy na fotel obok. Spoglądam, na obity czarną skórą mebel, ale nie korzystam z zaproszenia. Zakładam ręce i patrzę wyczekująco na mentora. Trafnie odczytując pytanie w moich oczach, mężczyzna spogląda na mnie tępo i mówi

- Katniss, naprawdę usiądź. To będzie dłuższa historia.

Z niechęcią przysiadam na poręczy siedziska. Rejestruję wzrokiem, że Heavensbee zerka na telewizor. Podążam spojrzeniem w tę samą stronę i pytam

- Ile osób zostało przy życiu?

- Stosunkowo mało - mężczyzna wzdycha. - Igrzyska trwają od tygodnia, a do dzisiaj przeżyło tylko 7 trybutów. Ale, czego można się było spodziewać, większość zginęła z odwodnienia, głodu lub zakażenia. Odbyło się bardzo mało walk. Może dwie, albo trzy pomijając obowiązkową jatkę przy Rogu Obfitości.

Najwyraźniej Paylor nie przewidziała tego, że kapitolińskie dzieci, podobnie jak ich rodzice, pomimo oglądania zaciekle tylu Igrzysk, nie mają pojęcia o przetrwaniu w głuszy. Właściwie tydzień, to okres czasu w którym można przeżyć z garstką jedzenia, jeśli się na takową natrafi (a na pewno na arenie znajdują się jakieś naturalne zasoby żywności), czy też z butelką wody ze strumienia, jeśli potrafi się go odszukać. Jednak młode pokolenie mieszkańców Kapitolu zostało wychowane w takiej rozpuście i obfitości, że nie ma dla nich przyszłości w dzikim buszu.

- Mają jakiś sponsorów? – dopytuję.

- Cóż, ciężko stwierdzić – organizator odpowiada po chwili namysłu. – Z tego co zaobserwowałem, od czasu do czasu pojawiają się jakieś drobiazgi, jak chleb, czy butelka wody.

- A czy twoje... - zaczynam, ale widząc jego wzrok odsuwam moją niespotykaną śmiałość w bok, odchrząkuję i szeptem kończę - Czy twoja córka... żyje?

Twarz Haymitcha przybiera wyraz, z którego odczytuję, że to nie jest dobry pomysł, żeby poruszać temat dziecka Plutarcha.

- Masz na myśli Felicity? Tak... żyje. Chociaż ledwo - wdycha. Przez chwilę wpatruje się w martwy punkt, ale zbiera się w garść i przywołuje przyjacielski uśmiech na twarz. W duchu gratuluję mu samozaparcia.

- A... a moi? Peety? Co z nimi? - Usiłuję przywołać dawny stan rzeczy, kiedy jeszcze nie zapomniałam o trybutach, kiedy rozpaczliwie chciałam zrobić wszystko, żeby przeżyły.

- Ta mała od Crane'a ma się dobrze. Ale ten chłopak zginął przy rogu. Horn Filckerman. Nasz stary prowadzący jest załamany. Jedyny dziedzic tego zaszczytnego nazwiska. Oczywiście - zaszczytnego w ich mniemaniu - tłumaczy Heavensbee. Patrzę na niego spod uniesionych brwi.

- Czemu niby to nazwisko jest zaszczytne? - dziwię się. - Co takiego niby zrobili?

- Oh, kiedy zaczęły się Igrzyska, byli rodziną, która bardzo popierała pomysł o ich powstaniu. Jako, iż rodzice Caesara, a także jego dziadkowie, byli bardzo związani z mediami, zajmowali się promowaniem idei Igrzysk w telewizji. Kiedy już zaakceptowano ich plan zostali sowicie wynagrodzeni, oraz otrzymali prawo do prowadzenia Głodowych Igrzysk, aż do wygaśnięcia ich rodu. Cały Kapitol był pod ogromnym wrażeniem ich siły przebicia i charyzmy. Dlatego Filckerman jest tak lubiany.

Kiwam głową ze zrozumieniem. Facet ma rację. Pomimo tego, że jest kapitolińczykiem, to lubię Caesara. Pamiętam doskonale, jak robił wszystko, żebym dobrze wypadła na prezentacji trybutów podczas moich pierwszych Igrzysk, jak zgrabnie prowadził nas przez wywiad ze zwycięzcami, kiedy od tego zależało życie nasze i naszych bliskich. Wytrząsam jednak te wspomnienia z głowy i skupiam się na powodzie, dla którego tu przyszłam.

- A czy możecie mi w końcu powiedzieć co my tutaj, do cholery, robimy? - Staram się przybrać obojętny ton, ale kończę niekontrolowanym warknięciem.

- Skarbie, spokojnie. Postaraj się kontrolować swoje emocje, dobra? Bo sobie za bardzo nie pogadamy - odgraża się Haymitch. Przewracam oczami, ale milknę.

- Siadaj, Katniss - uparcie nalega Heavensbee. Z pomrukiem niezadowolenia, którego nie powstydziłby się Jaskier, zsuwam się z poręczy na siedzenie fotela. Zrzucam buty i podciągam kolana pod brodę. Obejmuję nogi w geście obrony przed tym, co spodziewam się za chwilę usłyszeć.

- Kapitolińczycy i mieszkańcy Trzynastki snuli plany o ponownym zdobyciu władzy i poczuciu niezależności już odkąd zakończyła się wojna - zaczyna Plutarch. - Właściwie to my zachęciliśmy ich do walki. A konkretnie ty, Katniss. Po raz kolejny Kosogłos stał się zarzewiem buntu - mężczyzna uśmiecha się krzywo.

- Co? - protestuję - Przecież nie miałam takich zamiarów!

- Katniss, a kiedy ty miałaś jakiekolwiek zamiary? - irytuje się Haymitch.

- Niech pan lepiej siedzi cicho, Haymitch - warczę. Mężczyzna tylko chichocze pod nosem. Wstaje i zaczyna krążyć po pokoju. Pewnie szuka jakiegoś jeszcze dotąd nieodkrytego schowka z napojami wyskokowymi. I tak nic tutaj nie znajdzie. Pod tym względem Zero bardzo przypomina Trzynastkę, choć i tak łagodniejsze oblicze. Alkohol jest tutaj tolerowany tylko na weselach, albo w medycynie. Przynajmniej tak słyszałam.

- Kosogłosie, on ma rację - popiera mentora Plutarch. Wzdrygam się na wspomnienie mojej nazwy na czas rebelii. Ludziom jednak się spodobała i wszystko wskazuje na to, że pozostanie ze mną na czas bliżej nieokreślony. - Powiedz mi, ale szczerze, czy kiedy wyciągnęłaś trujące jagody na arenie miałaś na celu wzniecenie buntu, który doprowadzi do wojny w całym Panem?

- Nie - odburkuję. Właściwie, to sama nie wiem, co mną w tedy kierowało.

- No właśnie. Popatrz - mówi i siada wygodniej na kanapie. Podwija rękawy i nachyla się do stolika, jakby chciał coś na nim namalować. - Ludzie widzą to co chcą widzieć i słyszą to, co chcą słyszeć. Nastroje w dystryktach i tak były napięte. Ludzie mieli dość tego tyraństwa, które ofiarowywał im rok w rok Kapitol. Wyobraź sobie, jakbyś się czuła wiedząc, że przed ponad siedemdziesiąt lat ludzie odbierają ci twoje dzieci, aby wpakowywać je na arenę, gdzie muszą walczyć na śmierć i życie. A na dodatek ty nie możesz z tym nic zrobić.

- Ale przecież ja wiem, o co chodzi - protestuję. - W lesie z Gale'em cały czas byliśmy temu przeciwni, a z każdym rokiem było coraz gorzej.

- I dlaczego nic z tym nie zrobiliście? - dopytuje.

- Bo Snow by nas zabił, torturował, albo zrobił z nas awoksy. Poza tym... co może zrobić dwójka ludzi? - odpowiadam wzruszając ramionami. Nie rozumiem sensu tej dyskusji.

- Dokładnie. I dlatego, ludzie, którzy mieli dość tej dyktatury, tak desperacko poszukiwali jakiegoś punktu zaczepienia rebelii. Bali się tego samego, co ty. Pojmania i śmierci, bo jak już coś, to ci, którzy stworzyli zarzewie buntu, pierwsi trafiliby do grobu. No i wtedy pojawiłaś się ty. Dałaś ludziom coś, czego potrzebowali.

- Niby co? - burczę, chociaż wiem co powie. Wszyscy mi to mówią.

- Nadzieję. Nadzieję, na zwycięstwo. No bo jeśli taka drobna, niczym nie wyróżniająca się dziewczynka zdołała przeciwstawić się władzom i uszło jej to na sucho, to dlaczego by nie udało się zjednoczonej grupie dystryktów obalić rządy Snowa? I kiedy już znaleźli swojego przywódcę wymogli na nim to, czego sami pragnęli.

- Nie pragnęli tego sami. Ja też tego chciałam. Gdyby nie to, to nie zostałabym waszym Kosogłosem - krzyżuję ręce na piersiach.

- Ależ ja w to nie wątpię. Chcę ci tylko wytłumaczyć, dlaczego mamy kolejną wojnę. To przez to, że zabiłaś prezydent Coin. Nadal nie rozumiem, dlaczego to zrobiłaś...

- I raczej pan nie zrozumie - dopowiadam.

- Może i nie. Wierzę jednak, że nie zrobiłaś tego bezpodstawnie. Przecież ona była idealnym materiałem na prezydenta! Widziałaś Trzynastkę! Pod jej okiem wszystko funkcjonowało tak sprawnie - nie może się nadziwić Heavensbee.

- Pod pieczą Snowa, na pierwszy rzut oka, też wszystko było idealne - gaszę go. Zapada milczenie. Po pewnym czasie Plutarch wznawia swoje wytłumaczenia:

- Kapitolińskie Igrzyska jeszcze pogorszyły sprawę, a Paylor tak się zaangażowała w nie, że zapomniała o Trzynastce, która utraciła przywódcę. Sprawy potoczyły się już błyskawicznie. Odebrano władzom broń nuklearną i pod groźbą wojny jądrowej kazano oddać władzę Kapitolowi.

- Zamiast tego zabito Paylor - wzdycham.

- A gdzie tam! - protestuje Plutarch, na co ja otwieram szeroko oczy ze zdumienia. - Paylor to bardzo chytra osoba. Nie daje się tak łatwo złamać. Z tego co wiemy, uciekła z Kapitolu. Nie mamy pojęcia gdzie przebywa teraz.

- Nie rozumiem, jak można tak zostawić kraj i naród.

- Oj Katniss, znając ją, może pojawić się w każdej sekundzie z odwetem. Wystarczy cierpliwie poczekać i skutecznie odpędzać wroga - uśmiecha się mężczyzna, jakby to całe "odpędzanie" było dziecinnie proste. Od razu widać, kto się gdzie urodził.

- A co z Devinem? Beetee'em i spółką? - dopytuję.

- Beetee'em? - powątpiewa organizator.

- Tak, z tym zwycięzcą! - naskakuję.

- A skąd ten pomysł, że nasz najlepszy technik jest po stronie wroga? - śmieje się mężczyzna.

- Plutarch, ona jeszcze nie wie - wtrąca się Haymitch, który nadal uporczywie przetrząsa gabinet.

- Czego nie wiem? - warczę do mentora.

- Że ten Beetee, który wprowadził rebeliantów do Ośrodka Szkoleniowego, to nie ten Beetee, którego znamy - tłumaczy Abernathy ze zniecierpliwieniem

- Słucham?! - nie wytrzymuję. - To co, rozdwoił się? Przecież nie jestem ślepa! Widziałam go na własne oczy! - podnoszę głos i patrzę wilkiem na mentora. Nie będzie mnie tu w konia robił! Co to, to nie!

- No cóż, można tak powiedzieć. Osoba podszywająca się pod niego, to najprawdopodobniej jego brat bliźniak. Nie znamy niestety jego imienia, a szkoda, bo wtedy o wiele łatwiej było by nam go namierzyć - wzdycha Plutarch.

- Co?! To dlaczego Beetee nigdy o nim nie wspominał? - utyskuję.

- Bo nie utrzymywali kontaktów. Beetee rzadko przebywał poza Kapitolem po wygraniu swoich Igrzysk. Był najgenialniejszym umysłem w zespole programującym stacje telewizyjne i radiowe. Stworzył wiele sieci, z czego jedną podziemną, którą wykorzystywano w Trzynastce do nadawania propagit.

- To gdzie on teraz jest? - pytam zdenerwowana.

- W tym momencie? Jest tutaj. W Centrum Dowodzenia. A podczas początku Igrzysk był cały czas w Kapitolu - dowiaduję się. Chowam twarz w dłoniach. Co? Nie, to nie możliwe. Przecież między bliźniakami istnieją jakieś różnice, prawda? Musiałabym coś zauważyć. Ale jakby to tak przemyśleć, to Beetee był jedną z nielicznych osób, którym ufałam, które jeszcze żyły. Nigdy nie podejrzewałabym go o zdradę. Haymitch widząc moją twarz podchodzi i opiera mi dłoń na ramieniu w geście pocieszenia.

- Katniss, pamiętaj. Nie wszystko jest tym na co wygląda i nie wszyscy są tymi, z których się podają. - Te słowa tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, żeby nikomu nie ufać.

- Jest jeszcze coś, o co chcesz zapytać, Kosogłosie? Chciałaś widzieć, jak się tu dostaliśmy, prawda? Masz jeszcze na to siły? - chce wiedzieć Plutarch. Rozważam to pytanie przez sekundę. Jest mnóstwo rzeczy, o których chcę się jeszcze dowiedzieć, pełno sytuacji, które chcę wyprostować. Najbardziej jednak chciałabym to sobie wszystko na spokojnie przemyśleć, a potem wrócić po więcej. Kręcę więc tylko lekko głową i wstaję z fotela. Posyłam nieznaczny uśmiech w stronę mentora, a on klepie mnie po plecach i odprowadza do przejścia w ścianie.

- Tylko się nie zamartw na śmierć, moja ty wesoła pszczółko - szydzi, a ja czuję się trochę pokrzepiona jego słowami. Idę do wyjścia z budynku, aby zapytać jakiegoś poinformowanego człowieka o miejsce zakwaterowania Effie, ale najpierw idę zobaczyć co u Peety. Wchodzę do niskiego, pobielonego budynku szpitala i kieruję kroki w stronę skrzydła, w którym znajduje się jego sala/moje obecne mieszkanie. Niepokoi mnie widok otwartych na oścież drzwi, ale to co widzę, kiedy przechodzę przez próg, wygania z mojego umysłu wszystkie myśli, oprócz tej jednej, która błądzi gdzieś z tyłu mojej głowy i nie chce mi dać spokoju od momentu, kiedy wypadliśmy z pociągu.

Widzę łóżko bez kołdry, bez materaca, czy poduszki. Po prostu puste.                                    Bez Peety.

 



20:48, fiolek232
Link Komentarze (9) »
sobota, 12 lipca 2014

Dostałam nominację do LBA, za co serdecznie dziękuję "nszarynska" :). Miło, że ktoś nas czasem docenia. Jeszcze raz dzięki! A teraz pytania:


1. Co zainspirowało Cię do otwarcia bloga? 

No więc tak. Skończyłam czytać trylogię, ale brakowało mi szczegółowo opisanego zakończenia. Niby wszystko skończyło się dobrze i tak dalej, ale dla mnie to było za mało. No więc internet poszedł w ruch i znalazłam bloga na pewno doskonale wam znanego - bloga dwóch Anek ;). Jednak po kilku notkach zaczęłam się zastanawiać: "Nie! Ja bym to zrobiła inaczej! Nie podoba mi się ten bieg wydarzeń!" No i postanowiłam - czemu niby nie spróbować? Wtedy na bloxie były może z 3 blogi o Peetniss, więc pomyślałam, że ludzie nie stwierdzą, że od kogoś ściągam czy coś. Poza tym już od dawna pisałam do szuflady (może kiedyś opublikuję moją 4-zeszytową książkę?), a pojawiła się szansa na pokazanie się innym bez konieczności podawania, że to właśnie JA piszę tą historię. Ludzie się zainteresowali, a ja prowadzę bloga dalej :D

2. Czy należycie do jeszcze jakiś fandomów ? :)

Ooo tak :). Jeśli chodzi o określone fandomy to Potterheads, Fault Fanatic, Tributes (co oczywiste), Demigogs, Narnian, Divergent i Darkest Minds. A tak poza tym to jestem fanką jeszcze wielu innych książek, serii, trylogii i sag.

3. Są jakieś cechy charakteru, które chciałabyś w sobie zmienić?

Oczywiście, że tak. Mam w sobie dużo takich cech. Najgorszą jest jednak chyba ta, że szybko się zrażam do pewnych rzeczy, boję się porażki i braku akceptacji. Oczywiście, staram się z tym walczyć i nie pokazywać tego na co dzień.

4. Ulubiona liczba, kolor.

Hihi, liczba to 4, a kolor to zielony.

5. Ulubiony rodzaj muzyki.

Właściwie, to słucham wszystkiego. Najbardziej jednak lubię rock, czasem lekki metal, ale taki bez "darcia japy". I jeszcze co dziwne, słucham ścieżek filmowych z filmów i utworów muzyki klasycznej kompozytora Yirumy. Naprawdę polecam ;). Jeśli ktoś z was oglądał Zmierzch, to pewnie kojarzycie jego utwór "River Flows In You".

6. Gdybyś mogła przenieść się na zawsze do któregoś z książkowych światów, jaki by to był?

Ciężko mi wybrać. Byłby to albo Hogwart, albo Obóz Herosów, albo Panem. Ale Panem bez Głodowych Igrzysk - oczywiście ;).

7. Od jak dawna czytasz książki ( jeżeli w ogóle czytasz)?

Tak mniej więcej odkąd skończyłam 5 lat.

8. Dużo czasu spędzasz przy komputerze?

Godzinę dziennie? Czasem mniej, ale nie więcej. Nie lubię elektroniki - wolę książki :D.

9 Uprawiasz jakiś sport?

Gram z mamą w badmintona XD. A oprócz tego to strzelam z łuku.

10. Masz rodzeństwo? (Opowiedz :) )

Mam starszą o 17 lat siostrę i miałam brata :). Właściwie, to można powiedzieć, że mam jeszcze dwójkę dodatkowego rodzeństwa, bo moja siostra ma dwójkę dzieci - Błażeja i Rozalkę. I cóż, chcąc nie chcąc, traktuję ich jak rodzonych brata i siostrę ;).

11. Wolisz książki czy filmy? - uzasadnij :)

Książki. To proste - przy czytaniu funkcjonuje nam wyobraźnia, wykształca się ładny język, styl pisania oraz wzbogaca się nasz słownik. Przy filmach? Yyy... Co oczywiście nie znaczy, że z niecierpliwością nie czekam na Kosogłosa ;)

 

UWAGA!

Nie czytam zbyt wielu blogów, a te, które już czytam, zostały nominowane. W takim wypadku nie widzę sensu w dawaniu kolejnych nominacji, więc powstrzymam się od tego :D.

19:28, fiolek232
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 lipca 2014

Heeejo :D

*wszyscy krzyczą na Fiołunia jakim prawem ma czelność po tylu tygodniach nieobecności pojawiać się na bloxie*

Tak w gwoli wyjaśnienia, to notka się pisze na nowo. Czemu? Bo blox to taka ciota, która nie zapisuje moich notek. No więc było tak. Napisałam meega długą notkę i tak dalej, zapisałam i co? I nic. Moich wypocin jak nie było, tak nie ma. Ale jest okej, pamiętam z niej co nieco i staram się odtworzyć. Powinna ukazać się tak jakoś w przeciągu tygodnia.

Aha, i mam prośbę. Powiedzcie coś *czytaj - zamieść komentarz*, jeśli nadal chcecie to czytać i dajcie jakiś znak, że jeszcze tu zaglądacie :)

Przepraszający po stokroć i wcale nie porzucający bloga Fiołuń :3

15:12, fiolek232
Link Komentarze (4) »
niedziela, 25 maja 2014

Boże, umarłam. Pisałam ten rozdział chyba z miesiąc. I chcę się go w końcu pozbyć. Dlatego go publikuję.

~ F.

 

 

Jestem pewna, że to sen. Jestem pewna, że obudzę się z niego w momencie, w którym uwierzę, że to rzeczywistość. Ale na razie ta chwila nie nadchodzi, więc muszę udawać, że żyję dalej. Bo tak na prawdę, moje życie sprowadza się do siedzenia na drewnianym taborecie w małym, zawsze ciemnym pomimo okien pokoiku i trzymania w ręce dłoni Peety. Niegdyś tak silnej i ciepłej. Teraz z dnia na dzień coraz chłodniejszej i bardziej bezwładnej.

Ale dlaczego on? To wszystko nie mieści mi się w głowie. Wspomnienia zaczynają mi się mieszać, więc wracam do starego, sprawdzonego sposobu.

Nazywam się Katniss Everdeen. Mam 18 lat. Pochodzę z Dystryktu Dwunastego, który nie istnieje. Wygrałam Głodowe Igrzyska. Przetrwałam Ćwierćwiecze Poskromienia. Byłam Kosogłosem. Brałam udział w wojnie. Zwyciężyłam. Wróciłam. Zaczęłam nowe życie, które właśnie legło w gruzach. Wybuchła nowa wojna. Kapitol i dystrykty wyniszczają się wzajemnie. Muszę im pomóc. Muszę ich poprowadzić, ku wolności.

Więc co mnie tu jeszcze trzyma? Dlaczego siedzę w tej zatęchłej norze, która jest naszym jedynym ratunkiem? Przecież doskonale wiem czemu. Odpowiedź mam tuż przed nosem.

Peeta. Mija kolejny tydzień, a on nadal nie otwiera oczu. Staram się nie zauważać, jak jego usta z każdą chwilą coraz bardziej sinieją. Jak jego włosy tracą blask. Jak jego oddech staje się coraz mniej słyszalny. Nie wychodzę z jego pokoju. Nie śpię, nie jem, nie wychodzę za potrzebą, bo z czasem odmawiania spożycia czegokolwiek i one zanikły. Odgarniam mu włosy z czoła, muskam jego policzki. Już nawet nie płaczę. I tak to nie ma sensu.

Wszyscy lekarze z Ośrodka Szkoleniowego zginęli. Albo na miejscu, albo rozerwał ich wybuch bomby, który pochłonął też moją ekipę przygotowawczą i kilkunastu uciekinierów z Kapitolu. Przetrwali tylko zwycięzcy. Czemu? Cóż, najwyraźniej los nam sprzyjał. Chodź nie do końca. Po desperackiej ucieczce z Ośrodka udało nam się złapać transport. W pociągu towarowym, który wracał do Ósemki było aż nazbyt spokojnie. Kiedy nasza czujność została skutecznie uśpiona, do wagonu wtargnęli rebelianci. I rozpoczęło się piekło. Kilka kul wylądowało w ciałach moich przyjaciół, chodź mnie to ominęło. Rozpoznałam Devina, Monrovię i jeszcze kilka osób, które widziałam w Dwunastce. Wszystkie te osoby wycelowały w nas karabiny.

Wszyscy kapitolińczycy pouciekali do innych wagonów, dzięki czemu zyskaliśmy kilka cennych sekund na zdecydowanie, co robimy. Do wyboru był skok z pędzącego 100 km/h pociągu, lub ukrycie się gdzieś w dalszych częściach pojazdu. Już nie raz doszłam do wniosku, że Zwycięzcy mają wspólny mózg. Kiedy kiwnęłam głową Haymitchowi on już wiedział o co chodzi i po chwili szybowaliśmy w powietrzu. Sekundę przed wyskoczeniem zdążyłam tylko popatrzeć w oczy nieruchomo stojącego Peety. Były przerażająco czarne i nieobecne. Zostało mi tylko pociągnąć go za rękę ku ziejącej w dole przepaści. To był ostatni raz, kiedy napotkałam jego wzrok.

Najmniejsze rany odniósł Haymitch, który jak zawsze spadł na cztery łapy. Zwichnął sobie tylko kostkę no i oczywiście poturbował się, tak jak każdy z nas. Ja przecięłam sobie łuk brwiowy i - nie wiem jakim cudem - otworzyła mi się rana, którą Johanna zrobiła mi na arenie Ćwierćwiecza. Annie złamała rękę i dostała kulą w drugą, ale to Johanna oberwała najbardziej. Kula w lewym boku i prawym udzie. To był pierwszy raz, kiedy bałam się o jej życie. A Peeta? Uderzył głową w kamień i stracił przytomność. Wstrząs mózgu.

Jednak po tak długim czasie powinien się już obudzić. Wczoraj minął tydzień. Obwiniam się za to. Kiedy Haymitch powiedział mi, że zachowuję się jak pięciolatka, i że muszę zdać sobie sprawę z tego, że jesteśmy na wojnie, przestałam go wpuszczać do pokoju Peety.

Jakim cudem przeżyliśmy? Jakim cudem dodarliśmy do ludzkich siedzib? Na drugie pytanie chyba nigdy nie poznam odpowiedzi. A jeśli chodzi o przetrwanie? Cóż, może to eksplozja pociągu przyciągnęła na miejsce wypadku ludzi, a może to po prostu zrządzenie losu? W każdym razie znajdujemy się teraz w małej wiosce gdzieś pomiędzy lasami Dystryktu Siódmego, a północną granicą Panem. Ale po wojnie drwale nie zapuszczają się tak daleko. Nie muszą nic dostarczać do Kapitolu, więc drzewa rosnące w pobliżu ich miasta zupełnie wystarczają na utrzymanie ciepła w domach. A ludzie przenieśli się w te tereny właśnie w czasie wojny. Przez ten niecały rok zgromadziło się tu kilkaset ludzi z różnych dystryktów, z różnymi umiejętnościami, dzięki czemu mieli szansę na przeżycie. Nazywamy to miejsce Dystryktem Zero.

Dzięki Bogu, uciekinierzy pomyśleli trochę, i zabrali ze sobą zapasy. Nie wiele, ale wystarczyło na przeżycie. Z czasem zaczęli zajmować się uprawą roli, polowaniem, rzemieślnictwem. Organizowali nawet od czasu do czasu wyprały łupieżcze. Wioska zaczęła się rozrastać, unowocześniła się dzięki uciekinierom z Trójki. Wybudowano magazyny na żywność, szkołę, nawet mały szpital. To wszystko opowiedział mi Haymitch któregoś z pierwszych dni naszego pobytu tutaj.

Brzmi jak bajka.

Ale pozostaje mi wierzyć, że to prawda. Tak samo pozostaje mi wierzyć, że Peeta obudzi się. Miejscowi lekarze po wstępnych oględzinach powiedzieli, że z tego wyjdzie za kilka godzin. Nie miał żadnych urazów zewnętrznych, wewnętrznych też nie stwierdzono. A ja teraz siedzę i czekam. A nigdy nie należałam do osób zbyt cierpliwych.

Zastanawiam się, czy mnie słyszy. Może tak, tylko nie ma w sobie tyle siły, żeby otworzyć oczy, albo uśmiechnąć się. Mówię do niego cały czas, ale prawda jest taka, że ostatni raz tak samotna czułam się na arenie, kiedy podałam Peecie syrop nasenny, żeby wymknąć się po lekarstwo dla niego. Nie wpuszczam nikogo, a od przyjazdu tutaj widziałam się tylko z Haymitchem. Ale znalazłam inny sposób na spędzanie czasu.

Zaczęłam rozmawiać z tymi, których najbardziej mi brakuje. Najpierw była to Prim. Przez długie godziny stałam przy oknie, albo siedziałam na skrzypiącym taborecie i wpatrywałam się w martwy punkt. Czekałam na odpowiedź. Miałam nadzieję, że jej słodki, dziewczęcy głosik przemówi do mnie gdzieś z tyłu głowy. Czasem płynęły też łzy. Oskarżałam ją nieraz, że mnie opuściła, że nie posłuchała, że wyszła na sam środek bitwy. Wrzeszczałam na siebie, że nie upilnowałam jej, że mogłam do niej podbiec szybciej, że mogłam zrobić cokolwiek, żeby ją powstrzymać. Była taka młoda. Zbyt cenna, żeby umierać. Mogła przynieść tyle dobrego, mogła być z niej fantastyczna lekarka. A ja to wszystko spieprzyłam.

W następnej kolejności moje myśli przechodziły do Finnicka. Wspominałam jego uśmiech, którym próbował zbajerować mnie podczas parady trybutów. Jego przerażone oczy, kiedy nie wiedział co się dzieje z Annie. Jego zwinne palce stworzone do związywania najbardziej skomplikowanych węzłów. Jego ostatnie spojrzenie kiedy umierał, w obronie tego, w co wierzył najbardziej. Poświęcił życie za wolne, wyzwolone państwo, w którym jego syn będzie mógł bezpiecznie żyć. Nie będzie musiał zmagać się z głodem, chłodem i brakiem domu. Nie będzie musiał pracować każdego dnia, aby wykarmić rodzinę. Podziwiam Finnicka. Podziwiam jego wiarę, ufność i poświęcenie. Tak bardzo mi go brakuje.

W mojej głowie pojawiała się też malutka Rue z Jedenastki. Delikatny ptak, potrafiący bezszelestnie skakać z drzewa na drzewo. Jej też nie ocaliłam. Pozwoliłam jej umrzeć, abym to ja mogła wrócić do domu. Czasem słyszę jej głos w śpiewie kosogłosów za oknem. Mam wrażenie, że jest ze mną. Staram się w to wierzyć.

I w końcu tata. Zastanawiam się, co sobie o mnie myśli. Czy nadal jestem dla niego tą małą dziewczynką z warkoczykami, która nieporadnie trzymała łuk i zbierała strzałki wodne, czy też może zmieniłam się w potwora, który ma na swoim koncie setki, a może nawet tysiące bezpodstawnie zabitych cywilów, trybutów, mieszkańców Dwunastki i innych dystryktów. Tak bardzo chciałabym poczuć jego dłoń na swoim ramieniu tak jak kiedyś, kiedy prowadził mnie do domu przez las drogą znaną tylko jemu. Żeby uśmiechnął się do mnie, żeby zanucił coś swoim czystym i donośnym głosem.

Ale wracam do rzeczywistości. 

Od tygodnia nie wychodziłam z tego pokoju, nie wiem więc, co się dzieje z moimi najbliższymi. Czekam na jakiś znak, że Gale, Toby, Effie albo jakaś inna ważna mi osoba przeżyła. Żeby jakimś cudem udało jej się trafić tutaj. Wpatruję się w nowe, drewniane drzwi, błagając w myślach, aby ktoś je otworzył pomimo mojego zakazu. Aby uśmiechnął się i powiedział, że wszyscy są cali i zdrowi, że wyleczyli Johannę i Annie, że znaleźli lekarstwo na obudzenie Peety. Cokolwiek. Jakby czytając w moich myślach, słyszę ledwie słyszalne pukanie. Jest tak ciche, że przez chwilę waham się, czy nie jest to wytwór mojej wyobraźni. Ale po chwili stukanie się powtarza, odrobinę głośniejsze.

- Proszę - mówię, a moje gardło ledwo wydobywa z siebie ochrypnięte dźwięki - tak dawno nie otwierałam ust. Drzwi otwierają się praktycznie od razu. Staje w nich zziajany Haymitch.

- Wrócili - dyszy i wraca się zostawiając za sobą otwarte drzwi. Ściskam lekko Peetę za rękę dając mu do zrozumienia, że za chwilkę wrócę i wybiegam z pokoju trzaskając drzwiami. Szybko doganiam mentora i kładę mu dłoń na ramieniu, żeby zwrócił na mnie uwagę.

- Kto wrócił? - pytam zdesperowana. Ale on tylko kręci lekko głową.

Przyspieszam jeszcze bardziej. Kiedy otwieram na oścież sterylnie czyste, metalowe drzwi szpitala owiewa mnie ciepły, lipcowy wiaterek. Obrzucam wzrokiem cały plac, ale nie dostrzegam żadnej gromady tutejszych witających nowo przybyłych, ani nawet jednej, znajomej twarzy. Spoglądam na Haymitcha z wyrzutem, ale widzę, że wita się z jakąś osobą. Kiedy obcy mężczyzna odwraca się do mnie rozpoznaję w nim Plutarcha. Ale co on tu robi? Myślałam, że stanął po stronie Kapitolu i Trzynastki - zwolenników Coin. Kiedy przypatruję mu ze zdziwieniem on podchodzi do mnie ze szczerym uśmiechem i klepie mnie po plecach. Chyba ten gest miał mnie pokrzepić, ale tylko napawa mnie obrzydzeniem. Nie lubię, jak obca osoba mnie dotyka.

- Witaj Katniss, - patrzy na mnie z uwagą. - widzę, że już ci lepiej.

- Słucham? - krztuszę. Co on do jasnej cholery wygaduje?

Organizator Igrzysk śmieje się pod nosem i odwraca do idącego w naszą stronę Haymitcha.

- Hay, nie mówiłeś, że ma problemy ze słuchem.

- Bo nie ma. To tylko skończona idiotka - prostuje mentor, a ja czuję, że moje policzki płoną.

- Haymitch! Ku*wa mać! Co ty tu odstawiasz!? Co on - wskazuję palcem na Heavensby'ego - tutaj robi! To zdrajca! Dlaczego z nim rozmawiasz!? Może mi ktoś do jasnej cholery powiedzieć, co się tutaj dzieje?! - wrzeszczę. Przybysz robi kilka kroków w tył, jakby bał się mojego ostrego głosu.

- Skarbie, stonuj trochę. I wyrażaj się w obecności dorosłych, jeśli łaska - warczy mentor.

- Ja też jestem dorosła! - protestuję urażona. Co ten palant sobie nie myśli!

- Twoje zachowanie na to nie wskazuje! - odwrzaskuje Haymitch dostosowując ton do mojego głosu.

- A twoje niby tak?! - odcinam się.

- Dobra, spokój! - mężczyzna ucisza mnie ręką i kiwa głową na Plutarcha. Ten trochę niepewnym krokiem podchodzi do nas.

- Niech ten zdrajca się do mnie nie zbliża - syczę i podnoszę ręce w geście obronnym.

- Katniss, czy ciebie do końca porąbało?! - gani mnie mentor. - Gdyby nie Plutarch nie byłoby nas tutaj!

To zdanie trochę zbija mnie z tropu. Momentalnie uspokajam się.

- Co?

Widzę, że Heavensby już otwiera usta, ale Haymitch wyprzedza go

- Przyjdź do kabiny 275 za jakąś godzinę. Wtedy wszystko ci wytłumaczymy. Prawda? - patrzy pytająco na swojego przyjaciela, a on skina głową.

- Za godzinę? - jęczę. Nie wytrzymam tak długo bez odpowiedzi.

- Popatrz za siebie, a potem trochę w lewo. Tam, za drzewem - mówi Organizator i kieruje moją głowę we wskazywaną przez niego stronę. Tuż za linią drzew dostrzegam postać. Nie widzę twarzy - jest za daleko. Ale ta sylwetka wśród zieleni wygląda tak znajomo, że prawie tracę oddech. Nie patrzę na odchodzących mężczyzn, tylko biegnę przed siebie. Przebiegam około 200 metrów i zatrzymuję się opierając się o drzewo. Chłopak jeszcze się nie odwrócił. Nie jestem pewna jak mnie przyjmie.

- Gale? - szepczę, żeby go nie spłoszyć. Przypomina mi teraz postawnego jelenia, dla którego byle szelest jest pretekstem do ucieczki. A ja nie chcę zostać sama. Mój przyjaciel odwraca gwałtownie głowę szukając źródła dźwięku i napotyka mój wzrok. Jego oczy nagle rozszerzają się , jakby nie wierzył temu, co widzi. Ale już po chwili jego silne ręce trzymają mnie w pasie, a ja wiruję nad jego głową, obejmując kurczowo jego szyję. Kiedy odstawia mnie na ziemię oboje śmiejemy się do rozpuku. Może to z ulgi, a może po prostu obojgu nam przypomniały się stare, dobre czasy przed Igrzyskami? Gale bierze mnie za rękę i prowadzi w głąb lasu.

- Gale, gdzie ty - zaczynam, ale on odwraca głowę i przykłada palec do ust w geście nakazującym absolutną ciszę. Kroczymy wśród drzew przez kilka minut, aż dochodzimy do zwalonego pnia drzewa. Chłopak siada na nim, przyciągając mnie, żebym usiadła obok.

- Kotna, nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę. Myślałem, że nie żyjesz. - szepcze desperacko. Unoszę brwi ze zdumieniem.

- Co? Czemu?

- Słyszałem, że w pociągu którym rzekomo uciekaliście z Kapitolu podłożono bombę, która eksplodowała. Nie byłem pewny, czy ty też tam byłaś, ale od tamtego czasu nie było o was żadnych wieści. Pomyślałem więc... - zawiesza głos, jakby bał się wypowiedzieć na głos, co myśli na ten temat.

- A masz pojęcie jak ja się bałam o ciebie? - wykorzystuję przerwę w rozmowie - Zostałeś w samym środku Kapitolu! Na polu największego rażenia!

- Tylko o mnie? Nie bałaś się o rodzinę? O przyjaciół? - dopytuje z niedowierzaniem.

- Tak, ale oni byli w Dwunastce. Tam przed naszym wyjazdem było najspokojniej. A Effie... Nie mam pojęcia co z nią. Przygotowałam się już na najgorsze - szepczę

- Ale Effie przyjechała do Zera razem z nami. - tłumaczy Gale, a widząc moje spojrzenie uśmiecha się - Jest bezpieczna. Nie odniosła żadnych poważnych ran.

Oddycham z ulgą. Jedno ocalone życie więcej.

- A co z tobą? Postrzelili cię? Jesteś ranny? - przypominam sobie, że trwa powstanie. A tam rany są na porządku dziennym.

- Spokojnie, Kotna. Nic mi nie jest. Ale chyba nie można powiedzieć tego samego o was. - stwierdza. Opowiadam mu więc pokrótce jakie obrażenia odniósł każdy z nas. Kiedy mówię o postrzeleniach przypominam sobie coś jeszcze.

- Monrovia tam była. I Devin. - dopowiadam.

- Co? - wyrzuca tylko

- Strzelali do nas. Ale... ale nikogo nie skasowali. - tłumaczę. Gale wstaje i przeczesuje włosy palcami. Jest w tym geście niesamowicie podobny do Peety.

- Ale... ale jak? Niemożliwe. To był na pewno ktoś inny. - kręci głową.

- Gale, dam sobie rękę uciąć, że to była ona. I Devin. Nie ma innej opcji. - naciskam. Jestem w stu procentach przekonana co do swojej racji. Twarzy takich ludzi się nie zapomina.

- Ten zegarek... - Gale szeroko otwiera oczy, jakby coś sobie przypomniał. - Zawsze znikała, jak piszczał. A gdy wracała była albo bardzo zdenerwowana, albo znowu bardzo radosna. Zdeterminowana. Jak mogłem być taki głupi... Ani razu nie spytałem jej, dlaczego za każdym razem wychodzi, ani nawet gdzie idzie. Taki głupi... - chwyta gałązkę z ziemi i ciska nią jak najdalej. Potem opiera się o pień drzewa i osuwa się po nim na ziemię. Słyszę jak cicho łka i chowa twarz w dłoniach. Wstaję powoli, niepewna co zrobić w takiej sytuacji, i ostrożnie siadam obok. Wtulam się w jego tors i szepczę

- Hej, już dobrze. Nic się nie stało. To nie twoja wina, nikt tego nie przewidział.

Gale odsuwa ręce od twarzy i mówi łamiącym się głosem

- Ona to wszystko zrobiła specjalnie, prawda? Tylko dlatego pomogła znaleźć mi tę pracę. Żeby odwrócić od siebie uwagę. A ja... A ja myślałem, że chce mi pomóc. Że mnie rozumie.

- Ciii... - uciszam go.

- Myślałem, że coś do mnie czuje. Wierzyłem, że mamy szansę na ułożenie sobie wspólnego życia. Że znalazłem kogoś, kto zapełni tą pustkę, która pojawiła się, kiedy ty odeszłaś - szepcze już spokojniej. W tym momencie czuję się trochę zakłopotana, ale szybko biorę się w garść. Wybrałam Peetę, bo związek z Gale'm nie miałby przyszłości. Jesteśmy do siebie zbyt podobni i zbyt dobrze się znamy. Bycie razem nie miałoby sensu.

Ale nikt inny mnie tak dobrze nie rozumie. Siedzimy więc, w głębi lasu, gdzie nikt nas nie usłyszy. Każde z nas cierpi na swój sposób. Każde z nas poniosło stratę i każde z nas szuka oparcia w tym drugim. Bez słów przekazujemy sobie wszystko co nas trapi i właśnie tym milczeniem pomagamy sobie najbardziej. Nie mam pojęcia, ile minęło czasu zanim Gale odzywa się lekko zachrypniętym głosem

- Co z Peetą?

Wyczuwam w tym pytaniu lekką ironię, ale to nie przeszkadza, żeby mój ton od razu zlodowaciał

- Zależy z jakiego punktu na to patrzeć - Gale spogląda na mnie unosząc brew

- A z jakiego ty na to patrzysz?

Biorę głęboki wdech, żeby łzy w moich oczach stały się mniej widoczne. Już dawno nie płakałam, ale nie widziałam się też z nikim. Może dlatego czuję nagle taką wewnętrzną rozsypkę? Tym prostym pytaniem Gale zburzył mur, który budowałam w sobie z zapewnień, że już się pogodziłam z tą całą zaistniałą sytuacją.

- Jest w czymś w rodzaju śpiączki. Nikt nie wie co mu jest, lekarze zapewniali, że wybudzi się maksymalnie do kilku godzin po naszym przybyciu. Najwyraźniej te godziny trochę się przedłużyły - próbuję uśmiechnąć się, ale widząc szczerze zaniepokojoną twarz przyjaciela uśmiech zastyga mi na ustach.

- Robili mu jakieś badania? - pyta cicho

- Nie, nie ma tutaj odpowiednich warunków, ale kontrolują jego czynności życiowe. Na razie wszystko jest w miarę w normie, ale to i tak wszystko zbyt długo trwa, a nikt nie chce mi powiedzieć, co dalej. Może jak teraz tutaj jesteście powiedzą, co będą dalej z nim robić. - Gale kiwa lekko głową w geście zrozumienia.

- Tak, Effie na pewno szybko wymusi na lekarzach odpowiedź - kpi przyjaciel. Uśmiecham się pod nosem i ponownie zastygam w bezruchu. Chociaż jest już środek lipca i w koło panuje skwar, to w lesie jest przyjemnie chłodno, a ramiona Gale'a zapewniają mi poczucie bezpieczeństwa, którego nie czułam od czasu tamtej pamiętnej nocy, kiedy potłukłam siebie i wszystko inne w moim pokoju. Odruchowo spoglądam na ręce i widzę jeszcze nie do końca zabliźnione rany. Przypominam sobie, jak Peeta przemywał je środkiem odkażającym i jak delikatnie aczkolwiek solidnie obwiązywał je bandażem. Wspominam jego zaniepokojoną minę i te słowa, że ze mną zostanie. Czy istnieje na świecie osoba równie uczynna, serdeczna i dobra jak on? A teraz i on może zniknąć.

Wtem - ni z tego, ni z owego - przypominam sobie, że Heavensbee kazał mi do siebie przyjść za godzinę. Nie mam pojęcia, jak stoję z czasem, ale wnioskując po kolorze promieni mieniących się w liściach minęło grubo ponad wyznaczony mi czas. Wstaję więc szybko i strzepuję kolana.

- A ty gdzie? - pyta myśliwy

- Plutarch kazał mi przyjść do siebie jak już się z tobą przywitam - mówię zbywająco.

- A niby po co? - dopytuje

- Podobno zna odpowiedzi na moje pytania - uśmiecham się do niego tajemniczo i kieruję się w stronę zachodzącego słońca. Miękka ściółka sprawia, że moje kroki wydają się bezszelestne, a i tak zagłuszyłby je śpiew ptaków, tak donośny o tej porze roku. Uśmiecham się na myśl, że moje kosogłosy mają się tutaj dobrze. Skoro one potrafią, to może ja też? Z tą myślą kieruję swe kroki do drzwi naszego tymczasowego "apartamentu" i przygotowuję się mentalnie na to, na co czekałam już od dawna. Poznam odpowiedź.

 



21:40, fiolek232
Link Komentarze (12) »
środa, 07 maja 2014

Hej.

Powiem wprost. Rozdział jest napisany w 4/9. Miałam chyba 50 wersji, i podchodziłam do pisania co najmniej 100 razy. Powaga. Mam coś takiego, że historia wygląda świetnie w mojej głowie. Natomiast kiedy próbuję ją przelać na papier już nie jest taka idealna. Poza tym mam teraz nawał sprawdzianów i z całych sił walczę o pasek na koniec roku. Dlatego notka pojawi się maks. do 2 tygodni. I następne rozdziały jeszcze przez mniej więcej miesiąc nie będą pojawiały się częściej. No i na ostatek, chciałabym podziękować z całego serca osobom, które nadal wchodzą na tego bloga. Mam łzy w oczach, kiedy widzę, jak taka ogromna liczba osób tutaj zagląda, pomimo tego, że większość z Was pewnie już straciła nadzieję, że cokolwiek się tutaj jeszcze pojawi. Szczerze mówiąc - ja również już ją straciłam. Kocham Was, i dziękuję za to, że jesteście. Nie będę marudzić, tak jak wszyscy, że nie komentujecie. Oczywiście - komentarze bardzo motywują, ale wystarczy, że to przynajmniej czytacie. Przepraszam za to, że tak wydziwiam, ale taka już jestem. Cóż.

Aha, i jeszcze jedno. Ktoś wie, co się dzieje z Mockingjay12 (czytaj mój ukochany Kosek, który był ze mną od początku, a potem nagle zniknął)?

I jest jeszcze kilka osób, które komentowały, kiedy stawiałam pierwsze kroki, a teraz nie dają znaku życia. Nie mam pojęcia, czy nawet jeszcze tu zaglądają. Proszę, odezwijcie się do mnie. Bardzo mi Was brak.

F.



20:36, fiolek232
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6